piątek, 10 stycznia 2014

Od św. Łucji do Trzech Króli

Wykład zgromadził tłumy

Pełną dużą salę cieszyńskiego Domu Narodowego zgromadził wykład prof. Daniela Kadłubca zatytułowany: Czas przejścia. od św. Łucji do Trzech Króli.

Wstępem do wykładu był śpiew grupy należącej do zespołu Czantoria z Lesznej Górnej pod dyrekcją Ireny Klimczak.  - Ukłony pod adresem Domu Narodowego, że dba o to, co mamy cennego tu, na Ziemi Cieszyńskiej – zaczął swój wykład znany etnograf, folklorysta i badacz kultury ludowej Śląska Cieszyńskiego. Również w podsumowaniu nawiązał do kultywowania własnej tradycji, jako wyznacznika tożsamości.
 Korzenie są fundamentem siły człowieka, społeczności i narodu. Była o tym mowa już w greckim micie o Anteuszu. Cieszyniacy będą tak długo silni, jak długo będą mieli korzenie w postaci tradycji – podsumował.

Nim jednak do tego podsumowania doszedł, długo i ciekawie opisywał wszystko to, co w naszej tradycji działo się w okresie od św. Łucji do Trzech Króli. A był to niezwykle bogaty w obrzędowość okres, w którym chrześcijańskie symbole i święta przeplatały się z obrzędami swój rodowód mający jeszcze w pogańskiej magii kultury agrarnej. Wielu słuchaczy ze zdumieniem odkrywało, że wiele z opisywanych przez profesora zwyczajów zna, a nawet praktykuje, nie wiedząc jednak, że mają one ciekawą i nieraz zaskakującą człowieka XXI wieku genezę.

Kultura nigdy nie rodzi się od zera. Kultura zawsze wykorzystuje to, co już było. Kultura chrześcijańska wykorzystywała również elementy wcześniejsze, przedchrześcijańskie, ale te elementy przystosowała do swoich potrzeb i zrobiła z tego wspaniały obraz kulturowy łod Łucyje do Trzech Króli – mówił Daniel Kadłubiec zwracając uwagę na mnogość symboliki tego okresu. Na przykład od Łucji do trzech Króli jest dwa razy po 12 dni: od Łucyje do Wilie i od Wilie do Trzech Króli. A dwunastka, szczególnie w kulturze morza Śródziemnego, miała magiczne znaczenie. 12 to 3 x 4. Trójka była liczbą sakralną, natomiast 4 była liczbą ziemską: 4 strony świata. Zauważył także, że według kalendarza juliańskiego (w 1852 zmienionego na gregoriański) Łucji przypadało na 24 grudnia. Dlatego Łucja jest 13 grudnia, a prawosławni mają święta 6 stycznia. Święta Łucja była utożsamiana z narodzeniem się światłości, nowego życia, miała więc znaczenie magiczne.

U nas na Śląsku Cieszyńskim od Łucji do wilie zapisywało się pogodę. Łucji to styczeń, 14-tego to luty i tak dalej. A niezamężne dziewczyny rwały gałązki trześni, dawały do wody i jeżeli gałązka rozwinęła się do wilie, to znaczyło, że dziewczyna wyjdzie za mąż. A jeżeli się nie rozwinęła, to znaczyło, że musi czekać dalej. Dalej, dziewczyna brała 12 karteczek i na każdej napisała imię chłopca, dawała pod podsuszkę i każdego rana od Łucyje wyciągała po jednej karteczce. Ta, która została na wilie, to chłopak o takim imieniu stał się w przyszłym roku małżonkiem tej dziewczyny. Na świętej Łucji na terenach graniczących ze Słowacją, w Mostach, ale też w Istebnej, chodziły tak zwane Łucje. Były to dziewczyny ubrane w białe prześcieradła i wymachiwały różnymi rzeczami, na przykład gęsimi piórami. Chodziło o to, że ponieważ jesteśmy pomiędzy dwoma światami, to trzeba przestrzeń oczyścić od tego, co może przychodzić z tamtego świata, a może być dla nas niepożądane – wyliczał prof. Kadłubiec. Zdradził także słuchaczom między innymi, jak odkrywano, która z kobiet jest czarownicą przyznając, że choć teorie zna, nigdy nie próbował…. Zwrócił także uwagę, że zawsze najbardziej bogate kulturowo są okresy na styku.

W starym Rzymie, w czasie kiedy my obchodzimy Godni Święta obchodzono święto Saturna, boga rolnictwa i odradzającej się przyrody. Wynikało to z tego, że Rzymianie jeszcze czcili Słońce. Dla pogańskich Rzymian symbolem odradzającego się świata było słońce, które co rok zwycięża. Od tego 24 słonko po sekundach, minutach zaczyna zwyciężać, z czego się cieszyli. A cieszyli się w ten sposób, że jedli, pili, śpiewali, czyli godowali. Godować znaczy biesiadować. Nazwa Godni Święta ma więc bardzo stary rodowód i dotyczy czasów starorzymskich. W czasie saturnaliów oznajmiano publicznie, na jakie dnie przypadną miesiące przyszłego roku. Oznajmiano, czyli krzyczano. Krzyczeć to kalare. Dla tego słowo kolędy mają rodowód od kalare, podczas, gdy kantyczki od kantate, czyli śpiewać. Dla tego najstarsze kolędy nie były śpiewane, a nawiązując do tego rodowodu, recytowane, podczas, gdy wywodzące się od kanatate kantyczki – śpiewane.

Profesor Kadłubiec zwrócił także uwagę na zmianę z biegiem lat funkcji wielu zwyczajów i obrzędów z magicznej na estetyczną, a z biegiem kolejnych lat z estetycznej na… komercyjną. Najlepszym tego przykładem jest drzewko wigilijne, które jest symbolem czasu świątecznego.

- Drzewko wnoszone było do domu zawsze 24, nie w żaden inny dzień. Kiedyś to drzewko było symbolem nowego życia. Wnosząc drzewko wiecznie zielone przez cały rok wnoszono magię wegetacyjną. Z tego punktu widzenia sztuczne drzewko nie ma żadnego sensu, ponieważ nie ma tego symbolu żywości, impulsu wegetacyjnego – wyjaśniał Daniel Kadłubiec dodając, że wokół wigilii krążą też pozostałości animistycznych wierzeń w wędrówkę dusz. Puste nakrycie zostawiamy, mówi się, dla niespodziewanego gościa. Ale tak naprawdę to pozostałość po nakryciu dla duchów naszych zmarłych przodków. Wyjaśnił także, na czym polega magia analogii, z powodu której na przykład w Wigilię nie wolno niczego pożyczać.

– Jeżeli ja w specyficzny czas coś pożyczę, to znaczy, że mnie tego będzie brakować przez następny rok. Tak samo dziecka musiały być grzeczne, bo kto będzie bity we wilie, to będzie bity cały rok – wyliczał etnolog opisując najrozmaitsze znane nam zwyczaje, jak choćby chodzenie po sąsiadach z poczęstunkiem, wiliówką, co na dołach nazywało się szczodrok, wyjaśniając, skąd się owe zwyczaje wzięły i jakie miały znaczenie magiczne.

Omawiając kolejne dni w tym specyficznym czasie od św. Łucji do Trzech Króli prof. prof. Kadlubiec zwracał uwagę na to, co było szczególnie wyraziste u nas, na Śląsku Cieszyńskim. Bo na przykład Trzej Królowie owszem, chodzili u nas, ale nie byli tak popularni, jak kolędnicy i pastuszkowie, podczas, gdy w innych regionach, na przykład na Morawach, kolędowanie Trzech Króli było znacznie bardziej rozpowszechnione.

Na koniec prof. Daniel Kadłubiec omówił po krótce zmiany, jakie na przestrzeni lat nastąpiły w kulturze. Oprócz wspomnianej już zmiany funkcji z magicznej na estetyczna, a dalej na komercyjną zwrócił również uwagę na poszerzenie i rozmycie granic czasowych. To, co kiedyś miało ściśle określony czas dziś, z powodów komercyjnych, funkcjonuje w czasie bardzo rozszerzonym. Któż nie zwrócił uwagi na pojawiające się w wielu sklepach tuż po Wszystkich Świętych choinki i ozdoby Bożonarodzeniowe?

- Trzeci kierunek, w którym zmienia się kultura, to zmiana struktury. Struktura jest upraszczana. Następuje pewne uszczuplenie kultury obrzędowej – mówił etnograf zwracając uwagę na takie aspekty, jak choćby to, że kiedyś się śpiewało, teraz się nie śpiewa.

Wykład przeplatały oryginalne winsze prezentowane przez członków zespołu Czantoria, a owacjom zachwyconych słuchaczy zarówno pod adresem młodych artystów, jak i prelegenta, zdawało się nie być końca.
(indi)

http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25434,wyklad-zgromadzil-tlumy.html

------------------------

Od św. Łucji do Trzech Króli

IMG_6596Tuż po święcie Trzech Króli, 7 stycznia, w cieszyńskim Domu Narodowym zorganizowano prelekcję pod tytułem: Czas przejścia. Od św. Łucji do Trzech Króli. Wykład opisujący ten magiczny czas Godnych Świąt wygłosił prof. Daniel Kadłubiec, etnograf, badacz kultury, folkloru i języka Śląska Cieszyńskiego. Wstępem natomiast był występ grupy należącej do zespołu Czantoria z Lesznej Górnej pod dyrekcją Ireny Klimczak. Całość wykładu przeplatana była oryginalnymi wiynszami z naszego regionu prezentowanymi przez członków zespołu.
Profesor omawiając mające swój rodowód w magii przedchrześcijańskiej obrzędy i zwyczaje praktykowane na Śląsku Cieszyńskim po obu stronach Olzy nie omieszkał oczywiście wspomnieć o tematyce samego Zaolzia.
- Bo zazwyczaj jest tak, o czym mówił już Henryk Jasiczek, że my wiemy, że są dwaj Polacy w puszczy brazylijskiej, ale że mamy Zaolzie pod nosem, tego nikt nie wie. A już przecież Paweł Stalmach, jak był na Zjeździe Słowiańskim w Pradze, a był to rok 1848, powiedział tak: pamiętajmy, że wśród Słowian jesteśmy Polakami, a wśród Polaków jesteśmy Ślązakami.
Prof. Daniel Kadłubiec podkreślał niesamowite bogactwo naszej kultury. – Śląsk Cieszyński w granicach historycznych to jest 2280 km kwadratowych, a sam Jan Tacina zapisał tutaj 12 tysięcy pieśni, mamy obrzędy, tańce – wyliczał w podsumowaniu podkreślając, że Cieszyniacy będą tak długo silni, jak długo będą pielęgnowali tradycję, bo to korzenie są fundamentem siły człowieka, społeczności i narodu, a kultura jest wyznacznikiem naszej tożsamości.
Profesor zwrócił także uwagę na kierunki, w jakich ewoluuje kultura. Nie da się ukryć, że ogólnie ulega zubożeniu i uproszczeniu.
- Struktura kultury, obrzędowości jest upraszczana. Następuje pewne uszczuplenie kultury obrzędowej – mówił etnograf zwracając uwagę na takie aspekty, jak choćby to, że kiedyś się śpiewało, teraz się nie śpiewa. Z biegiem lat funkcja wielu zwyczajów i obrzędów zmieniła się wpierw z magicznej na estetyczną, a później z estetycznej na… komercyjną. Najlepszym tego przykładem jest drzewko wigilijne, które jest symbolem czasu świątecznego obecnie atakującym nas ze sklepowych witryn już od pierwszego dnia po Wszystkich Świętych, kiedyś natomiast miało znacznie głębszą symbolikę.
- Drzewko wnoszone było do domu zawsze 24, nie w żaden inny dzień. Kiedyś to drzewko było symbolem nowego życia. Wnosząc drzewko wiecznie zielone wnoszono magię wegetacyjną. Z tego punktu widzenia sztuczne drzewko nie ma żadnego sensu, ponieważ nie ma tego symbolu żywości, impulsu wegetacyjnego – wyjaśniał Daniel Kadłubiec. Prelegent wskazał także na zaskakujące nieraz pochodzenie poszczególnych zwyczajów i obrzędów praktykowanych na Śląsku Cieszyńskim w czasie od św. Łucji do Trzech Króli.
(indi)
http://zwrot.cz/2014/01/od-sw-lucji-do-trzech-kroli/#more-2531

Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym

Kolejne spotkanie z cyklu Bliżej natury, jakie odbyło się 8 stycznia w klubie Nasz Kącik cieszyńskiego Domu Narodowego poświęcone było szczegółowemu omówieniu darów, jakie według podań trzej mędrcy ze wschodu zanieśli nowo narodzonemu Chrystusowi.
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Prelegentka, Elżbieta Holeksa bardzo szczegółowo omówiła kolejno złoto, kadzidło i mirrę. Mówiła zarówno o składzie chemicznym tych surowców, jak i o ich zastosowaniu w medycynie niekonwencjonalnej, homeopatii, medycynie ludowej. A jako, że spotkanie było zaledwie dwa dni po święcie Trzech Króli, a jego tematem były dary, które według przekazów oni właśnie przynieśli, to zaczęła swoją prelekcję od rysu tego święta w tradycji, a także odniosła go do współczesnej nauki.
Zarówno wierni, jak i uczeni, są podzieleni. Jedni twierdzą, że jest to wydarzenie historyczne, inni, że pochodzi ze Starego Testamentu i przepowiedni. Biblia nie wymienia mędrców ani z imienia, ani z liczby. Imiona pojawiają się dopiero w VIII wieku, a za świętych uważani są oni jedynie w kościołach katolickim i prawosławnym – wyjaśniła na wstępie Elżbieta Holeksa dodając, że nawet interpretacja trzech liter pisanych na drzwiach jest różna. Jedni mówią, że od pierwszych liter imion mędrców, inni, że od łacińskiego zdania Chrystus Pobłogosławił ten dom.
Surowce, którym poświęcone było spotkanie, prelegentka omówiła pod wieloma aspektami. Zwróciła uwagę zarówno na naukę, historię, kulturę, medycynę, jak i tradycję.
Zaczęła od zdawało by się najbardziej znanego, czyli złota. O dziwo jednak zdołała słuchaczy zaskoczyć wieloma ciekawymi informacjami, których dotychczas o złocie nie mieli. O tym, że święconym złotem leczono, wszyscy mamy chyba względne pojęcie, któż bowiem nie zna sposobu leczenia jęczmienia na oku poprzez pocieranie złotą obrączką. Okazuje się, że lecznicze właściwości tego kruszcu mają potwierdzenie w nauce, a w aptekach dostępne są zawiesiny drobinek złota.
Podobnie zarówno mirra, jak i kadzidło używane było w celach leczniczych. Chore miejsca obkładano plastrami z mirry. Mirrą i kadzidłem okadzano mieszkania, szczególnie po przejściu choroby zakaźnej, a już na pewno po wyniesieniu zwłok z danego domostwa.
Kadzidłowiec rośnie dziko na suchych zboczach w Jemenie i w górach Somalii oraz w Indiach. Jest krzewem lub niewielkim drzewem. Z nacięć pnia wycieka biały, mleczny sok żywiczny, który na powietrzu szybko się zestala tworząc białawo-żółte grudki.
Olejek kadzidłowca uważany był za święty olej do namaszczania i używany w religijnych ceremoniach na Bliskim i Środkowym Wschodzie już kilka tysięcy lat temu. W czasach starożytny ceniony był bardziej niż złoto. Współczesne badania potwierdziły starożytną opinię o wielkiej mocy uzdrawiającej, jaką posiada kadzidło. Ze względu na zawarte w nim związki organiczne olejek ten stymuluje układ limbiczny mózgu, gdzie znajdują się nasze emocje – mówiła Elżbieta Holeksa wyliczając, że olejek kadzidłowca pomocny jest przy alergiach, ugryzieniach owadów czy węży, zapaleniach oskrzeli czy innych chorobach dróg oddechowych, bólach głowy, krwotokach, opryszczce, wysokim ciśnieniu, stresie, a stosować go można stosując dyfuzer lub też miejscowo na skórę bądź jako suplement diety dodając kropkę do jedzenia lub mleka.
Mirra natomiast to wonna gumo-żywica z kolczastego krzewu występującego na sawannach Afryki wschodniej i północnej, w Etiopii, Somalii i Kenii oraz na obszarze Półwyspu Arabskiego w Omanie i Jemenie. Mirra również była bardzo dobrze znana w starożytności i tak samo, jak kadzidło, często wspominana jest w Starym Testamencie. Była jedną z najbardziej świętych substancji w starożytnym Egipcie, a kadzidła z mirry były palone w świątyniach, m.in. boga słońca Re. Również Chińczycy używali mirry do leczenia, m. in. artretyzmu i nadciśnienia. Starożytni Grecy natomiast używali mirry do leczenie m. in. infekcji jamy ustnej i schorzeń dróg oddechowych. Mirra pojawia się także w greckiej mitologii. Jednym słowem: cóż za wszechstronność… Mirra używana jest zatem zarówno w obrzędach pogańskich, neopogańskich, jak i kościołów chrześcijańskich…
(indi)
 
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym

wtorek, 7 stycznia 2014

Święto na szlaku

Za nami już okres świątecznej laby i długich weekendów. Wczoraj zakończył się ostatni długi weekend okresu okołoświątecznego. Jak spędziliśmy ostatni wolny dzień? Gdyby aura była adekwatna do daty w kalendarzu, z pewnością wielu mieszkańców regionu wybrałoby się poszusować na nartach. Tymczasem, ku rozpaczy zarówno miłośników nart, jak i, a może jeszcze większej rozpaczy właścicieli wyciągów narciarskich, przy panujących temperaturach nawet najnowocześniejszy sprzęt naśnieżający nie jest w stani
Święto na szlaku
fot: (indi)
Pozostały nam więc spacery i górskie wycieczki. A że wczorajszego dnia (6 stycznia) słoneczna pogoda wybitnie zachęcała do spędzenia czasu na świeżym powietrzu postanowiliśmy sprawdzić, czy mieszkańcy naszego regionu i goszczący u nas turyści wykorzystali ten czas na wędrówki po górach. Jako, że najpopularniejszą miejscowością turystyczno-wczasowo-uzdrowiskową regionu jest Ustroń, a najbardziej obleganymi przez wczasowiczów i kuracjuszy górami Równica i Czantoria, gdyż jedna oferuje wyjazd pod samo schronisko samochodem, a druga wyciągiem krzesełkowym, wybraliśmy się na tą drugą sprawdzić, ilu spotkamy turystów i spacerowiczów. 
Z Ustronia Polany na Polanę Stokłosica dostać się można w dwojaki sposób: pieszo, około półtorej godziny stromo podchodząc dwa kilometry czerwonym szlakiem turystycznym (notabene fragmentem ciągnącego się z Ustronia aż do Wołosatego w Bieszczadach Głównego Szlaku Beskidzkiego), lub wyciągiem krzesełkowym. Jak nietrudno się domyślić, większość osób wybrała tą druga opcję. Podczas wspinania się w górę szlakiem, co, z uwagi na szybki krok zajęło mi godzinę, wyprzedziłam zaledwie jedną parę. Na Polanie Stokłosica spotkałam kolejną grupkę kilku turystów, którzy wyszli tu pieszo. Zdecydowana większość, a trzeba przyznać, że po Polanie wokół górnej stacji wyciągu kręciło się mnóstwo osób, wyjechała tu wyciągiem. Nie brakowało eleganckich dam w płaszczykach, eleganckich kozakach z torebkami na ramieniu. Te raczej wjechały na Polanę, pooglądają widoki (a widoczność tego dnia była wspaniała. Z rana doliny usłane były mgłą, podczas gdy na szczytach można było cieszyć się pełnym słońcem)i zjadą na dół. Ku radości GOPR-owców na szczęście nie było widać pań na szpilkach. Po obserwacji okolicy górnej stacji wyciągu wybrałam się dalej czerwonym szlakiem turystycznym na szczyt Czantorii. Spodziewałam się, że na tym odcinku, który pokonać można już jedynie pieszo, ruch będzie znikomy. A tu pozytywne zaskoczenie. Jednak sporo znalazło się osób, w tym wiele całych rodzin z dziećmi, którym jednak chciało się trochę wysilić i przejść piechotą ten kilometr, co spacerowym krokiem zajmuje około pół godziny. Sporo turystów kręciło się w okolicy czynnych kiosków z pamiątkami w rejonie szczytu Czantorii (notabene w jednym z nich jest jedna z najładniejszych pieczątek turystycznych w naszym regionie), sporo tez osób wchodziło na znajdującą się już po czeskiej stronie wieżę widokową, co w dzień o tak dobrej widoczności faktycznie miało sens i mogło zapewnić niezapomnianych, zapierających dech w piersi wrażeń. No, to teraz na dalszym szlaku nie będzie już nikogo, wszyscy po spędzeniu czasu na szczycie udadzą się z powrotem do wyciągu – pomyślałam ruszając w stronę Małej Czantorii. A tymczasem jedna, druga rodzina z małymi, lecz idącymi już na własnych nogach dziećmi, grupka, para w średnim wieku. Przewidywałam, że ostatni ruch na szlaku zobaczę w rejonie czeskiego schroniska turystycznego. Jakież było moje zdziwienie, gdy na dalszym szlaku spotykałam kolejnych turystów i kolejne rodziny z małymi dziećmi. Jeden tatuś tłumaczył synkowi, że do auta dojdą za jakieś dwie godziny. Zapytany o trasę przyznał, że na Stokłosicę wyjechali wyciągiem, ale zamierzają dojść aż do Małej Czantorii, zejść do Ustronia i starą drogą wrócić do pozostawionego w Ustroniu Polanie samochodu. A dzieci takie późne przedszkole, pierwsza klasa podstawówki. Patrząc na taki widok odżywa wiara, że jednak nasze społeczeństwo nie jest tak całkiem zasiedziane pomiędzy telewizorem a komputerem, na rodzinne wycieczki wybierające się jedynie do centrów handlowych (cóż, trudno orzec, na ile większa frekwencja na górskich szlakach spowodowana była niemożnością zrobienia sobie w świąteczny dzień wycieczki do centrów handlowych). 
Warto także zauważyć, że oprócz turystów pieszych, rodzinnie, spokojnie spacerujących szlakiem spotkać można było kilku biegaczy i rowerzystów w pocie czoła i solidnie ubłoconych pokonujących szlak.
Wracając zdecydowałam się na ścieżkę rycerską, którą dojść można do Ustronia Polany cały czas bocznymi dróżkami i lasami. Odchodzi ona ze szlaku z Czantorii na Małą Czantorię na wysokości Ustronia Poniwca, za wyciągiem narciarskim na Poniwcu. Aż do momentu, gdy ścieżka rycerska skręca z ulicy Akacjowej w kolejną leśną dróżkę, biegnie ona wspólnie z miejscowym ustrońskim szlakiem spacerowym. Na nim spotkać można było masę rodzin idących w obie strony z dziećmi czy psami, co świadczy, że ci, którzy nie wybrali opcji wyjścia w góry, skorzystali z nieco mniej forsownego spaceru korzystając ze szlaków spacerowych.  
Wnioski ze świątecznego spaceru pozwalają na nieco optymizmu. Choć nie da się ukryć, iż niedostateczna ilość ruchu jest zmorą naszej cywilizacji i odczuwalna jest także w naszym regionie (wystarczy zapytać nauczycieli WF i lekarzy, zwłaszcza tych zajmujących się chorobami kręgosłupa czy układu sercowo-naczyniowego, o nadwadze nie wspominając), to widać, że jednak są rodziny dbające o zdrowy tryb życia. A lubiącym rodzinnie spędzać czas na wycieczkach oraz tym rodzicom, którzy chcieliby, lecz trudno im zachęcić do tego dzieci, przypominamy, że istnieje ustanowiona przez PTTK odznaka turystyczna Turystyczna Rodzinka (www.rodzina.pttk.pl, pisaliśmy o tym: http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25295,rodzinne-szlaki.html). Wspólne zbieranie do zeszytu potwierdzeń odbytych wycieczek, opisywanie ich, jest świetną zabawą, a fakt, że na koniec sezonu każda biorąca udział w konkursie rodzina otrzymuje z PTTK przesyłkę ze znaczkami i gadżetami z pewnością cieszy dzieci mobilizuje do dalszego prowadzenia turystycznego dzienniczka.
(indi)
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Marmelada w Dziupli

Rekordowa frekwencja publiczności była tym, co pierwsze rzucało się w oczy, gdy przyszło się w sobotni wieczór do klubu Dziupla w Czeskim Cieszynie na koncert grupy Marmelada złożonej z piątki uczniów Gimnazjum z Polskim Językiem Nauczania w Czeskim Cieszynie.
Marmelada w Dziupli
fot: (indi)
Zespół tworzą: Karolina Veselá - wokalistka, Adam Staszczak, Sebastian Andre Garcia N’Dua, Jan Kowalczyk i Wiktor Kowalczyk. Grają ze sobą niespełna dwa miesiące, a już osiągnęli taką perfekcję, że po godzinnym programie publiczność zażądała bisów. 
Plany młodych muzyków nie są zbyt dalekosiężne, gdyż nie wiedzą, czy uda im się utrzymać zespół, gdy po skończeniu szkoły średniej rozjadą się na różne studia. Jak zapewnia wokalistka, z pewnością będą grać w niezmienionym składzie przez najbliższy rok, po którym to jeden z kolegów kończy już szkołę.
(indi) 
Marmelada w Dziupli
Marmelada w Dziupli
Marmelada w Dziupli
Marmelada w Dziupli
Marmelada w Dziupli
Marmelada w Dziupli
http://fotoreportaz.ox.pl/fotoreportaz,6327,koncert-zespolu-marmelada.html

-------------------------------------

TŁUMY NA MARMELADZIE

IMG_6501Tłum publiczności, która przybyła w sobotni wieczór 4 stycznia na koncert grupy muzycznej składającej się z uczniów Gimnazjum z Polskim Językiem Nauczania w Czeskim Cieszynie przerósł najśmielsze oczekiwania zarówno młodych artystów, jak i organizatorów. Prowadzony przez Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej klub Dziupla wypełniony był po brzegi, głównie młodymi, choć nie tylko, ludźmi. Ci, którzy przyszli przed samym występem nie mieli szans na znalezienie choćby stojącego miejsca z widokiem na scenę, zadowolić się więc musieli słuchaniem zza filara czy z kącika piłkarzykowego. Jednak to właśnie wrażenia słuchowe były tu najważniejsze, nikt więc nie żałował przybycia do Dziupli, nawet ten, kto słuchał koncertu na stojąco w kącie… Sukces młodych muzyków tym większy, że grają ze sobą niespełna dwa miesiące. Zespół składa się z pięciu uczniów „Gimpla”: Karolina Veselá – wokalistka, Adam Staszczak, Sebastian Andre Garcia N’Dua, Jan Kowalczyk i Wiktor Kowalczyk.
- Pierwszy raz zagraliśmy razem 9 listopada w Noivie. Karolina chciała, by zagrał mój brat i ja. Później zaczęła się zastanawiać, że dobrze brzmiał by jeszcze saksofon, więc przyszedł Sebastian, z którym zrobiliśmy krótkie próby. Później przyszedł Adam, perkusista. Z nim próbę mieliśmy dopiero… w dzień koncertu – wspomina niedawne początki zespołu gitarzysta Wiktor Kowalczyk. – Po tym koncercie w Noivie zdecydowaliśmy się trzymać stale w tym składzie – dodaje gitarzysta, a wokalistka potwierdza jego słowa. Oboje podkreślają ogromne zaskoczenie, jakim była dla nich ilość publiczności.IMG_6326Czy zatem można już powiedzieć, że na Zaozliańskiej scenie muzycznej na stałe pojawił się nowy zespół?
- Na pewno ten rok tak. Później nie wiadomo, jak to będzie, bo Wiktor odchodzi na studia, ale będziemy się starać dalej grać – mówi Karolina Veselá, która, tak, jak Sebastian i Adam jest uczennicą klasy trzeciej, a Janek klasy drugiej.IMG_6402i  (indi)

Ceramiczne cudeńka

Do 15 stycznia w Muzeum ''Zbiory Marii Skalickiej'' oglądać można ciekawą wystawę. Na ekspozycji zatytułowanej RAZ NA LUDOWO pokazano ceramiczne cudeńka inspirowane koronką, wycinankami, kobiety w strojach ludowych, a także prace ukazujące obrzędowość związaną z porami roku. Są także obrazy-mozaiki, czy ceramiczne cudeńka, jak jabłka czy ceramiczny cembrzyk wzorowany na drewnianym.
Ceramiczne cudeńka
fot: (indi)
 Misterność tego, co wydobyć można z gliny zadziwia i zachwyca. Autorką tych cudeniek jest Gabriela Zbrońska z pracowni ceramiki Cieszyńskiego Ośrodka Kultury, a także inne osoby uczestniczące w zajęciach tej pracowni. 
- Kiedyś widziałam tą wystawę w Cieszynie. U nas była wtedy wystawa pięknych prac wykonanych pod kierunkiem Dariusza Gierdala przez kuracjuszy sanatorium Równica, dokonałyśmy więc zamiany – nasza wystawa pojechała do cieszyńskiego Domu Kultury, a ta ceramiczna przyjechała do naszego muzeum – mówi kierująca placówką Irena Maliborska ciesząc się z owocnej współpracy wymiany kulturalnej pomiędzy kierowanym przez nią Muzeum, a cieszyńskim Domem Kultury. Dodaje, że Muzeum współpracuje także z uniwersytetem Śląskim w Cieszynie, z Książnicą Cieszyńską, a także z innymi placówkami kulturalnymi już z poza regionu, jak Muzeum Historii Regionu w Katowicach. 
Wystawę oglądać można w godzinach otwarcia muzeum, czyli od 11.00 do 16.00. Idealna propozycja na urozmaicenie na przykład sobotniego spaceru po Ustroniu. 
(indi)
Ceramiczne cudeńka
Ceramiczne cudeńka
Ceramiczne cudeńka
Ceramiczne cudeńka
Ceramiczne cudeńka
Ceramiczne cudeńka

niedziela, 5 stycznia 2014

Dziś Święto Trzech Króli

Dziś, według ludowej tradycji Śląska Cieszyńskiego, kończy się Święty Czas, czyli Godne Święta. Z dniem tym związane jest wiele tradycji jeszcze niedawno praktykowanych w naszym regionie.
Jak wspomina Jan Szymik w książce Doroczne zwyczaje i Obrzędy na Śląsku Cieszyńskim (wydanej przez PZKO w 2001 roku, wznowionej już po śmierci autora przez Sekcję Ludoznawczą PZKO w 2012 roku) zwyczajowo w dzień Trzech Króli, jak i około tego dnia, po domach chodziły grupy przebierańców – pastuszkowie i Trzej Królowie, z których obowiązkowo jeden pomalowany był na czarno. Grupy takie spotkać można było także w pociągach i tramwajach kursujących w regionie. Pastuszkowie i Trzej Królowie (Kacper, Melchior i Baltazar) chodzili z winszowaniem. Jan Szymik spisał kilka oryginalnych tekstów powinszowań, z których jedno za nim cytujemy:
My trzej królowie
Prziszli my k’wam
Szczęści zdrowi,
Długi roki
Życzymy wam!
Długi roki,
Byście byli wiesioli
Jak w niebie anioli.
Winszujymy, wunszujymy,
Wszystko dobre życzymy:
Żeby się wóm darziło,
Wszystko hojnie obrodziło
Na łace, w polu i ogrodzie,
W tym waszym pięknym sadzie.
W chałupie i oborze,
We stodole i kumorze,
Aby wszedzi u was było dobrze!
To wóm życzą trzo królowie.
Po życzeniach zazwyczaj też śpiewano kolędy. Winszownicy oczywiście nie chodzili darmo, zazwyczaj otrzymywali datki, kołacze, owoce lub, w późniejszych czasach datki pieniężne. 
Jan Szymik podkreśla też, że w tradycji ludowej naszego regionu Trzej Królowie są, prócz świętego Mikołaja i jego orszaku oraz Grzegorzy i Judosza, jedynymi przebierańcami, którzy w ciągu roku obrzędowego chodzili po wsiach regionu. 
Trzech Króli to nie tylko orszaki przebierańców. Jak podkreśla Jan Szymik dużą wagę przywiązywano także do święconych w dniu Objawienia Pańskiego kredy, kadzidła (u nas jałowca), mirry (żywicy z drzew iglastych), złotych lub srebrnych przedmiotów (przeważnie monet) i wody. Wszystkich tych święconych rzeczy używano później do zabiegów magicznych i leczniczych. 
Jak pisze Jan Szymik po powrocie z kościoła gospodarze święconą wodą kropili ule, żeby pszczoły się roiły, stajnię i oborę, żeby był duży przychówek. Wody trójkrólowej używano też do przemywania ran, do przeżegnywania dzieci pozostawionych na jakiś czas bez dozoru, lub do spania na noc, chorych, konających i zmarłych. Poświęconym złotem dotykano chorych części ciała, zaś jałowca w roli kadzidła i żywicy w roli mirry używano do okadzania ludzi i zwierząt.  Jan Szymik wspomina też, że wszystkie posiłki w ten dzień były świąteczne, lepsze niż w niedzielę. 
Od dwóch lat orszak Trzech Króli maszeruje ulicami Bielska-Białej, gdzie w nieco zmienionej formie ożywiono tradycję. Również i w naszym powiecie w 2012 roku orszak Trzech Króli przeszedł ulicami Strumienia.  Najstarsi mieszkańcy Beskidu Śląskiego pamiętają także tradycję chodzenia po pastuszkach. Pomiędzy dniem św. Szczepanem a świętem Trzech Króli góralskie domy odwiedzali pastuszkowie, czyli trzej chłopcy z kijami pasterskimi. Głosili Dobrą Nowinę o narodzeniu Jezusa Chrystusa. Ubrani byli w białe koszule, przepasane na biodrach paskiem, na które często zakładano kożuszki. Na głowie mieli futrzane baranice lub wysokie papierowe czapki. Ich zadaniem było opowiedzenie za pomocą śpiewu, dialogów i gestów historii narodzenia Jezusa. Za niesienie Dobrej Nowiny pastuszkowie otrzymywali dary w postaci jabłek, kołaczy, a od bogatszych gospodarzy – pieniędzy. Etnografka Małgorzata Kiereś zwraca uwagę, że zwyczaj chodzenia po pastuszkach był rozpowszechniony na Śląsku Cieszyńskim, Morawach, Słowacji i innych regionach Karpat. W różnych regionach przybierał swoje lokalne formy, odmiany i warianty zarówno w formie, jak i treści.
Kolędników chodzących na Trzech Króli, co to ze wschodu przybyli, wspomina też znawca regionu Czesław Stuchlik.  - Największe zainteresowanie wzbudzał jeden z nich, który był umorusany sadzami. Spod tej czerni jyny mu łoczy blyszczały. Jeżeli nie umieli, albo nie mieli z czego zrobić korony, to na głowy nasadzali dity (torebki papierowe) od mąki. Swój występ na wejściu do domu rozpoczynali skandowaniem takiej rymowanki: Idziemy Trzej Królowie, idziemy k’wam, idziemy k’wam, szczęścia, zdrowia, winszujemy wam, szczęścia, zdrowia, winszujemy wam, a potem śpiewali kilka kolęd kościelnych. W innych regionach, a szczególnie w górach, kolędnicy chodzowali z gwiazdą, niedźwiedziem, albo z kłapiącym pyskiem – turoniem. W tych grupach to już występowały różne postacie: król, żołnierz, kominiarz i śmierć z kosą. Jak po takiej wizycie wyglądała kuchyń i siyni, to łatwo sobie można wyobrazić, szczególnie kiedy było błoto i śnieg  To wszystko było jednak mało istotne, ważne było to, że ludzie składali sobie życzenia, cieszyli się chwilą, radosnymi dniami, nadzieją na dobre urodzaje, a także że Nowy Rok będzie lepszy niż poprzedni. Cieszyli się, że już dnia przybywa. Bo na Boże Narodzenie przybyło go już na kurzą stopę, na Nowy Rok – na zajęczy skok, a na Trzech Króli na na barani skok. A jak już przyjdą gromnice, to już jest nadzieja, że zima już niedługo się skończy, bo: Na gromnice pół zimnice – wylicza Czesław Stuchlik.
Warto też zauważyć, że niektóre zwyczaje mające swe korzenie w tamtej obrzędowości, przetrwały do naszych czasów, ale nieco zmienione. Na przykład chodzący po domach w dniu Trzech Króli kolędnicy lub kościelny poświęconą kredą zapisywał imiona Trzech Króli z krzyżykami i datą w środku na drzwiach domu. Teraz robi to ksiądz podczas kolędy, którą odbywa w różnych dniach okresu około świątecznego. 
Czesław Stuchlik zauważa także, że ten piękny zwyczaj odwiedzania nowonarodzonego dziecka i jego matki, jaki zaprezentowali Trzej Królowie zachował się do czasów współczesnych i na Śląsku Cieszyński ma swoją nazwę: nowiydzka. - Kiedy już rozniesie się po dziedzinie wieść, że już się coś urodziło, to sąsiadki, koleżanki, krewni i znajomi wybierają się w odwiedziny i przynoszą dziecku i matce różne dary i prezenty. Już przy chrzcie potkowie /ojcowie chrzestni/ do tzw. węzełka dają dary, dziś przeważnie pieniężne, bo taki maluch godnie /dużo/ ich potrzebuje, chociażby na pieluszki, a dzisiaj pampersy, specjalne mydełka, oliwki i pudry, beciki i powijoki – mówi Czesław Stuchlik zauważając, że nasza współczesna nowiycka to nic innego, jak tamta wizyta trzech Króli u nowo narodzonego Chrystusa. Zwyczajowo też po Trzech Królach czas żegnać się z ustrojoną choinką.
 Tak, jak i dzisiaj w dniu po Trzech Królach dzieci rozpoczynały naukę w szkole po świątecznej przerwie. Po Trzech Królach zaczynał się okres mięsopustu, jak podkreśla Jan Szymik u nas sztucznie od niedawna nazywany karnawałem. Mięsopust trwać będzie do wtorku przed Środą Popielcową, a że ta rozpoczyna Wielki Post przed świętami Wielkiej Nocy, które mają ruchomą datę, i okres mięsopustu miewa różną długość w rożnych latach. Mięsopust to czas zabaw ludycznych, a więc zabaw tanecznych i bali, kuligów, ale także wzajemnej, sąsiedzkiej pomocy, czyli zimowej pobaby (o której pięknie wierszowaną gwarą pisał świętej pamięci Jan Chmiel, poeta z Kowali. Jest to też czas porządków, darcia pierza, czyli szkubaczek. 
(indi)