niedziela, 12 stycznia 2014

Dziesiąte Cieszyńskie balowanie

Już po raz dziesiąty miłośnicy folkloru oraz tradycyjnej kultury naszego regionu balowali w cieszyńskim Domu Narodowym na zorganizowanym przez Koło nr 6 Macierzy Ziemi Cieszyńskiej Balu Cieszyńskim. Było ponad 100 osób oraz pół setki artystów, którzy swymi występami tanecznymi uświetnili program balu oraz muzyków, którzy przygrywali do tańca. Chętnych na cieszyńskie balowanie było znacznie więcej, jednak możliwości ogranicza wielkość sali.
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
fot: (indi)
Napotkaliśmy na opór wielkości sali. Więcej, niż sto osób, nie może się na tej sali bawić. Nie jest wykluczone, że jak Dom Narodowy będzie w przyszłym roku remontowany, to przeniesiemy się do hotelu Pod Jeleniem, jeśli nas tam przyjmą. Sala bardzo nas ogranicza. Chętnych było dużo więcej. Na tydzień przed balem były wszystkie bilety sprzedane, ludzie pytali, ale niestety nie da się więcej ludzi zmieścić – powiedział nam Józef Swakoń, prezes Koła nr 6 MZC. 
Bal ma charakter regionalny, a większość balowiczów dostosowuje do tego swoje kreacje. - Cieszy mnie to, że dużo ludzi przychodzi w strojach. Około 90 procent gości jest w strojach regionalnych –mówi Józef Swakoń wspominając, że co roku balowiczów w strojach jest więcej.  – Kto przyszedł raz w cywilnych ubraniach, na następny bal, jeśli mu się spodobało, przyjdzie na pewno w stroju – zauważa. Przyznaje, że pomysł zorganizowania balu nie jest jego autorstwa.  - Wzorujemy się na góralach z Mostów koło Jabłonkowa. Oni robią już 36. bal, a my dziepro 10. Śląsk Cieszyński nigdy nie zrezygnował ze swojej tożsamości i my z tego powinniśmy być dumni. Tak, jak mówił profesor Kadłubiec: najpierw my są mieszkańcami nad Olzy, czyli som my Cieszyniokami, potem som my Ślązakami, potem Polakami, a na końcu Europejczykami. Jesteśmy Europejczykami i wnosimy do Europy to, co mamy cennego. A tu, na tym balu, my się mamy umacniać w naszej tożsamości – powiedział nam Józef Swakoń, prezes Koła nr 6 MZC, pomysłodawca organizowania bali cieszyńskich, który 10 lat temu podkreślał, że postanowił odtworzyć dawną, cieszyńską tradycję. 
Jak podsumowuje te dziesięć lat?
Zaczęło się z dużymi obawami, ale już mieliśmy dobry przykład z Mostów. Zawsze korzystałem z przestrogi Mariusza Wałacha, żeby pilnować tego, żeby bal cieszyński miał charakter cieszyński, a nie transeuropejski, w którym ciężko się będzie odnaleźć. Śląsk Cieszyński był przez wiele lat podzielony granicą państwową i dlatego najpierw musimy się odnaleźć w rodzimym folklorze – mówił Józef Swakoń wyjaśniając, dla czego na balu zagrały i zatańczyły zespoły z obu stron Śląska Cieszyńskiego, choć był też ukłon w stronę sąsiadów: zagrała kapela ze Słowacji, a zespół Olza zaprezentował również tańce wałaskie z regionu tuż za granicą kulturową Śląska Cieszyńskiego, z regionu nazywanego Valašsko. 
Kto zatem przychodzi rokrocznie na bal cieszyński?
Organizuje go Koło nr 6, więc są członkowie koła nr 6. Są stali sponsorzy, dzięki którym co roku udaje się nam bal zorganizować. Goście, którzy przychodzą się bawić, w 70 procentach są stali, reszta to nowe twarze, które przychodzą. 
Jako, że bal był jubileuszowy, nie mogło zabraknąć tortu ze stosownym lukrowanym napisem. Niespodzianką natomiast dla państwa Swakoniów, pomysłodawców i głównych organizatorów balu, był ogromny kosz kwiatów podarowany im przez członków Koła nr 6 MZC w podziękowaniu za 10 lat wspaniałych imprez i z prośbą, by nadal je organizowali. 
Zabawa na cieszyńską nutę trwała do świtu, a ostatni goście opuszczali Dom Narodowy grubo po 4 rano. Tradycyjnie też o północy wybrano króla i królową balu. Po podliczeniu otrzymanych od współbalowiczów kotylionów u panów i kwiatów u pań okazało się, że królową jubileuszowego, 10 Balu Cieszyńskiego została Alicja Wlach, prezes Spółdzielni Cieszynianka, a królem Roman Wiercigroch.
(indi)
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie
Dziesiąte Cieszyńskie balowanie

http://fotoreportaz.ox.pl/fotoreportaz,6346,x-bal-cieszynski.html
http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25453,x-cieszynskie-balowanie.html
--------------------------------

Bal Cieszyński (fotogaleria)

IMG_7223Już dziesiąty rok z rzędu działacze Koła nr 6 Macierzy Ziemi Cieszyńskiej zorganizowali w cieszyńskim Domu Narodowym Bal Cieszyński. Prezes Koła nr 6 Józef Swakoń nie ukrywa, że impreza wzorowana jest na tej organizowanej od 36 lat w Mostach koło Jabłonkowa.
- Bal postanowiłem organizować za przykładem górali z Mostów, których zawsze nazywam Spartą Śląska Cieszyńskiego. Mimo, że jest ich tak niewielu, tak głośno o nich słychać. To za ich przykładem budowaliśmy przez te dziesięć lat tożsamość Cieszyna – powiedział Zwrotowi podczas balu Józef Swakoń.
- Zawsze korzystałem z przestrogi Mariusza Wałacha, żeby pilnować tego, żeby bal cieszyński miał charakter cieszyński, a nie transeuropejski, w którym ciężko się będzie odnaleźć – dodał. Tak więc na balu grały kapele „Nowina” z Jabłonkowa, kapela ZPIT „Olza” – Lipka czy „Rajwach” z Koniakowa, a gościnnie kapela góralska z Murzasichle na Podhalu. Wstępem do balu był pokaz tańców w wykonaniu ZPiT „Olza” oraz Estrady Regionalnej „Równica”, a „Olza” oprócz tańców cieszyńskich zaprezentowała także tańce i stroje sąsiadów z Valašska. Później goście ruszyli w tany przy muzyce kapel regionalnych, a zaczęła przygrywając do „chodzonego” nasza „Lipka”. Na balu nie zabrakło gości z Zaolzia, w tym m.in. prof. Daniela Kadłubca czy Andrzeja Niedoby.
Jak co roku organizatorzy przygotowali także coś dla szerszej publiczności. Bal poprzedził bowiem otwarty dla publiczności X Przegląd Kapel Karpackich zorganizowany w kościele Ojców Bonifratów w Cieszynie. Kolędy i pieśni świąteczne zaśpiewała „Lipka” i Estrada Regionalna „Równica”. Po koncercie zbierano także datki na rzecz hospicjum św. Łukasza Ewangelisty. (indi)

Nowy zarząd PTTK

Kadencja zarządu w Kole Przewodników Beskidzkich i Terenowych przy Oddziale PTTK ''Beskid Śląski'' w Cieszynie trwa 4 lata i właśnie dobiegła końca. Przewodnicy spotkali się więc 9 stycznia na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym.
Nowy zarząd PTTK
fot: (indi)
Prezes Ryszard Syrokosz odczytał sprawozdanie zbiorcze za całe 4 lata działalności Koła, przedstawiono sprawozdania komisji rewizyjnej oraz finansowe, do wglądu były także roczne sprawozdania z poszczególnych lat kończącej się kadencji zarządu koła.
Sporo czasu poświęcono na dyskusje nad dalszym kierunkiem działalności, w którym w przyszłości ma podążać Koło.  - Obecnie wiele organizacji i instytucji organizuje podobne spotkania dotyczące Śląska Cieszyńskiego. Przecież nie będziemy dublować tematów spotkań organizowanych na przykład przez Dom Narodowy – zastanawiał się Leszek Lipsa. Rozważano także kwestie organizacji dużych imprez, jak rajdy, zloty, jubileusze.  – Świat się zmienia. Dziś nikt nie ma czasu, by przyjechać na trzy dni na jubileusz – stwierdził Leszek Lipsa. 
W kwestii tematów spotkań szkoleniowych Stanisław Kawęcki zaproponował wymianę pomiędzy sąsiednimi kołami, na przykład bielsko-bialskim. Podkreślał też kilkakrotnie, że przewodnik, mimo iż zdał egzamin, cały czas powinien się dokształcać, co przewodnicy z cieszyńskiego koła cały czas robią.
Kolejnym tematem, nad jakim dyskutowali przewodnicy zrzeszeni w cieszyńskim Kole Przewodników PTTK była organizacja wycieczek. Rozważano, czy zamiast organizować stricte wycieczki szkoleniowe dla swych członków, nie wyjść z propozycją ciekawych wyjazdów do mieszkańców regionu. Zastanawiano się, czy na takie wycieczki byliby chętni i rozważano próbę stworzenia ogólnodostępnej oferty wyjazdów w ciekawe miejsca. 
Zebranie stało się także okazją do wręczenia honorowego dyplomu Henryce Jałowiec w myśl przyjętej niedawno przez Zarząd Oddziału zasadzie, że każde koło ma prawo w ten sposób wyróżnić jednego na 50. działaczy rocznie. 
Jako, że zebranie było sprawozdawczo-wyborcze, głównym punktem programu były wybory nowych władz. Ustępujący zarząd otrzymał absolutorium, a do nowego weszli: Ryszard Syrokosz – prezes, Bogusław Bujok i Leszek Lipsa – wiceprezesi, Danuta Huczała – skarbnik, Daniela Guziur-Pilch – sekretarz oraz Krystyna Filipek i Czesław Stawarz – członkowie zarządu. Komisję rewizyjną utworzyli natomiast: Henryk Więzik – prezes, Piotr Brenner – wice prezes, Jan Pollok – sekretarz.
(indi)
Nowy zarząd PTTK
Nowy zarząd PTTK
Nowy zarząd PTTK

piątek, 10 stycznia 2014

Od św. Łucji do Trzech Króli

Wykład zgromadził tłumy

Pełną dużą salę cieszyńskiego Domu Narodowego zgromadził wykład prof. Daniela Kadłubca zatytułowany: Czas przejścia. od św. Łucji do Trzech Króli.

Wstępem do wykładu był śpiew grupy należącej do zespołu Czantoria z Lesznej Górnej pod dyrekcją Ireny Klimczak.  - Ukłony pod adresem Domu Narodowego, że dba o to, co mamy cennego tu, na Ziemi Cieszyńskiej – zaczął swój wykład znany etnograf, folklorysta i badacz kultury ludowej Śląska Cieszyńskiego. Również w podsumowaniu nawiązał do kultywowania własnej tradycji, jako wyznacznika tożsamości.
 Korzenie są fundamentem siły człowieka, społeczności i narodu. Była o tym mowa już w greckim micie o Anteuszu. Cieszyniacy będą tak długo silni, jak długo będą mieli korzenie w postaci tradycji – podsumował.

Nim jednak do tego podsumowania doszedł, długo i ciekawie opisywał wszystko to, co w naszej tradycji działo się w okresie od św. Łucji do Trzech Króli. A był to niezwykle bogaty w obrzędowość okres, w którym chrześcijańskie symbole i święta przeplatały się z obrzędami swój rodowód mający jeszcze w pogańskiej magii kultury agrarnej. Wielu słuchaczy ze zdumieniem odkrywało, że wiele z opisywanych przez profesora zwyczajów zna, a nawet praktykuje, nie wiedząc jednak, że mają one ciekawą i nieraz zaskakującą człowieka XXI wieku genezę.

Kultura nigdy nie rodzi się od zera. Kultura zawsze wykorzystuje to, co już było. Kultura chrześcijańska wykorzystywała również elementy wcześniejsze, przedchrześcijańskie, ale te elementy przystosowała do swoich potrzeb i zrobiła z tego wspaniały obraz kulturowy łod Łucyje do Trzech Króli – mówił Daniel Kadłubiec zwracając uwagę na mnogość symboliki tego okresu. Na przykład od Łucji do trzech Króli jest dwa razy po 12 dni: od Łucyje do Wilie i od Wilie do Trzech Króli. A dwunastka, szczególnie w kulturze morza Śródziemnego, miała magiczne znaczenie. 12 to 3 x 4. Trójka była liczbą sakralną, natomiast 4 była liczbą ziemską: 4 strony świata. Zauważył także, że według kalendarza juliańskiego (w 1852 zmienionego na gregoriański) Łucji przypadało na 24 grudnia. Dlatego Łucja jest 13 grudnia, a prawosławni mają święta 6 stycznia. Święta Łucja była utożsamiana z narodzeniem się światłości, nowego życia, miała więc znaczenie magiczne.

U nas na Śląsku Cieszyńskim od Łucji do wilie zapisywało się pogodę. Łucji to styczeń, 14-tego to luty i tak dalej. A niezamężne dziewczyny rwały gałązki trześni, dawały do wody i jeżeli gałązka rozwinęła się do wilie, to znaczyło, że dziewczyna wyjdzie za mąż. A jeżeli się nie rozwinęła, to znaczyło, że musi czekać dalej. Dalej, dziewczyna brała 12 karteczek i na każdej napisała imię chłopca, dawała pod podsuszkę i każdego rana od Łucyje wyciągała po jednej karteczce. Ta, która została na wilie, to chłopak o takim imieniu stał się w przyszłym roku małżonkiem tej dziewczyny. Na świętej Łucji na terenach graniczących ze Słowacją, w Mostach, ale też w Istebnej, chodziły tak zwane Łucje. Były to dziewczyny ubrane w białe prześcieradła i wymachiwały różnymi rzeczami, na przykład gęsimi piórami. Chodziło o to, że ponieważ jesteśmy pomiędzy dwoma światami, to trzeba przestrzeń oczyścić od tego, co może przychodzić z tamtego świata, a może być dla nas niepożądane – wyliczał prof. Kadłubiec. Zdradził także słuchaczom między innymi, jak odkrywano, która z kobiet jest czarownicą przyznając, że choć teorie zna, nigdy nie próbował…. Zwrócił także uwagę, że zawsze najbardziej bogate kulturowo są okresy na styku.

W starym Rzymie, w czasie kiedy my obchodzimy Godni Święta obchodzono święto Saturna, boga rolnictwa i odradzającej się przyrody. Wynikało to z tego, że Rzymianie jeszcze czcili Słońce. Dla pogańskich Rzymian symbolem odradzającego się świata było słońce, które co rok zwycięża. Od tego 24 słonko po sekundach, minutach zaczyna zwyciężać, z czego się cieszyli. A cieszyli się w ten sposób, że jedli, pili, śpiewali, czyli godowali. Godować znaczy biesiadować. Nazwa Godni Święta ma więc bardzo stary rodowód i dotyczy czasów starorzymskich. W czasie saturnaliów oznajmiano publicznie, na jakie dnie przypadną miesiące przyszłego roku. Oznajmiano, czyli krzyczano. Krzyczeć to kalare. Dla tego słowo kolędy mają rodowód od kalare, podczas, gdy kantyczki od kantate, czyli śpiewać. Dla tego najstarsze kolędy nie były śpiewane, a nawiązując do tego rodowodu, recytowane, podczas, gdy wywodzące się od kanatate kantyczki – śpiewane.

Profesor Kadłubiec zwrócił także uwagę na zmianę z biegiem lat funkcji wielu zwyczajów i obrzędów z magicznej na estetyczną, a z biegiem kolejnych lat z estetycznej na… komercyjną. Najlepszym tego przykładem jest drzewko wigilijne, które jest symbolem czasu świątecznego.

- Drzewko wnoszone było do domu zawsze 24, nie w żaden inny dzień. Kiedyś to drzewko było symbolem nowego życia. Wnosząc drzewko wiecznie zielone przez cały rok wnoszono magię wegetacyjną. Z tego punktu widzenia sztuczne drzewko nie ma żadnego sensu, ponieważ nie ma tego symbolu żywości, impulsu wegetacyjnego – wyjaśniał Daniel Kadłubiec dodając, że wokół wigilii krążą też pozostałości animistycznych wierzeń w wędrówkę dusz. Puste nakrycie zostawiamy, mówi się, dla niespodziewanego gościa. Ale tak naprawdę to pozostałość po nakryciu dla duchów naszych zmarłych przodków. Wyjaśnił także, na czym polega magia analogii, z powodu której na przykład w Wigilię nie wolno niczego pożyczać.

– Jeżeli ja w specyficzny czas coś pożyczę, to znaczy, że mnie tego będzie brakować przez następny rok. Tak samo dziecka musiały być grzeczne, bo kto będzie bity we wilie, to będzie bity cały rok – wyliczał etnolog opisując najrozmaitsze znane nam zwyczaje, jak choćby chodzenie po sąsiadach z poczęstunkiem, wiliówką, co na dołach nazywało się szczodrok, wyjaśniając, skąd się owe zwyczaje wzięły i jakie miały znaczenie magiczne.

Omawiając kolejne dni w tym specyficznym czasie od św. Łucji do Trzech Króli prof. prof. Kadlubiec zwracał uwagę na to, co było szczególnie wyraziste u nas, na Śląsku Cieszyńskim. Bo na przykład Trzej Królowie owszem, chodzili u nas, ale nie byli tak popularni, jak kolędnicy i pastuszkowie, podczas, gdy w innych regionach, na przykład na Morawach, kolędowanie Trzech Króli było znacznie bardziej rozpowszechnione.

Na koniec prof. Daniel Kadłubiec omówił po krótce zmiany, jakie na przestrzeni lat nastąpiły w kulturze. Oprócz wspomnianej już zmiany funkcji z magicznej na estetyczna, a dalej na komercyjną zwrócił również uwagę na poszerzenie i rozmycie granic czasowych. To, co kiedyś miało ściśle określony czas dziś, z powodów komercyjnych, funkcjonuje w czasie bardzo rozszerzonym. Któż nie zwrócił uwagi na pojawiające się w wielu sklepach tuż po Wszystkich Świętych choinki i ozdoby Bożonarodzeniowe?

- Trzeci kierunek, w którym zmienia się kultura, to zmiana struktury. Struktura jest upraszczana. Następuje pewne uszczuplenie kultury obrzędowej – mówił etnograf zwracając uwagę na takie aspekty, jak choćby to, że kiedyś się śpiewało, teraz się nie śpiewa.

Wykład przeplatały oryginalne winsze prezentowane przez członków zespołu Czantoria, a owacjom zachwyconych słuchaczy zarówno pod adresem młodych artystów, jak i prelegenta, zdawało się nie być końca.
(indi)

http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25434,wyklad-zgromadzil-tlumy.html

------------------------

Od św. Łucji do Trzech Króli

IMG_6596Tuż po święcie Trzech Króli, 7 stycznia, w cieszyńskim Domu Narodowym zorganizowano prelekcję pod tytułem: Czas przejścia. Od św. Łucji do Trzech Króli. Wykład opisujący ten magiczny czas Godnych Świąt wygłosił prof. Daniel Kadłubiec, etnograf, badacz kultury, folkloru i języka Śląska Cieszyńskiego. Wstępem natomiast był występ grupy należącej do zespołu Czantoria z Lesznej Górnej pod dyrekcją Ireny Klimczak. Całość wykładu przeplatana była oryginalnymi wiynszami z naszego regionu prezentowanymi przez członków zespołu.
Profesor omawiając mające swój rodowód w magii przedchrześcijańskiej obrzędy i zwyczaje praktykowane na Śląsku Cieszyńskim po obu stronach Olzy nie omieszkał oczywiście wspomnieć o tematyce samego Zaolzia.
- Bo zazwyczaj jest tak, o czym mówił już Henryk Jasiczek, że my wiemy, że są dwaj Polacy w puszczy brazylijskiej, ale że mamy Zaolzie pod nosem, tego nikt nie wie. A już przecież Paweł Stalmach, jak był na Zjeździe Słowiańskim w Pradze, a był to rok 1848, powiedział tak: pamiętajmy, że wśród Słowian jesteśmy Polakami, a wśród Polaków jesteśmy Ślązakami.
Prof. Daniel Kadłubiec podkreślał niesamowite bogactwo naszej kultury. – Śląsk Cieszyński w granicach historycznych to jest 2280 km kwadratowych, a sam Jan Tacina zapisał tutaj 12 tysięcy pieśni, mamy obrzędy, tańce – wyliczał w podsumowaniu podkreślając, że Cieszyniacy będą tak długo silni, jak długo będą pielęgnowali tradycję, bo to korzenie są fundamentem siły człowieka, społeczności i narodu, a kultura jest wyznacznikiem naszej tożsamości.
Profesor zwrócił także uwagę na kierunki, w jakich ewoluuje kultura. Nie da się ukryć, że ogólnie ulega zubożeniu i uproszczeniu.
- Struktura kultury, obrzędowości jest upraszczana. Następuje pewne uszczuplenie kultury obrzędowej – mówił etnograf zwracając uwagę na takie aspekty, jak choćby to, że kiedyś się śpiewało, teraz się nie śpiewa. Z biegiem lat funkcja wielu zwyczajów i obrzędów zmieniła się wpierw z magicznej na estetyczną, a później z estetycznej na… komercyjną. Najlepszym tego przykładem jest drzewko wigilijne, które jest symbolem czasu świątecznego obecnie atakującym nas ze sklepowych witryn już od pierwszego dnia po Wszystkich Świętych, kiedyś natomiast miało znacznie głębszą symbolikę.
- Drzewko wnoszone było do domu zawsze 24, nie w żaden inny dzień. Kiedyś to drzewko było symbolem nowego życia. Wnosząc drzewko wiecznie zielone wnoszono magię wegetacyjną. Z tego punktu widzenia sztuczne drzewko nie ma żadnego sensu, ponieważ nie ma tego symbolu żywości, impulsu wegetacyjnego – wyjaśniał Daniel Kadłubiec. Prelegent wskazał także na zaskakujące nieraz pochodzenie poszczególnych zwyczajów i obrzędów praktykowanych na Śląsku Cieszyńskim w czasie od św. Łucji do Trzech Króli.
(indi)
http://zwrot.cz/2014/01/od-sw-lucji-do-trzech-kroli/#more-2531

Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym

Kolejne spotkanie z cyklu Bliżej natury, jakie odbyło się 8 stycznia w klubie Nasz Kącik cieszyńskiego Domu Narodowego poświęcone było szczegółowemu omówieniu darów, jakie według podań trzej mędrcy ze wschodu zanieśli nowo narodzonemu Chrystusowi.
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Prelegentka, Elżbieta Holeksa bardzo szczegółowo omówiła kolejno złoto, kadzidło i mirrę. Mówiła zarówno o składzie chemicznym tych surowców, jak i o ich zastosowaniu w medycynie niekonwencjonalnej, homeopatii, medycynie ludowej. A jako, że spotkanie było zaledwie dwa dni po święcie Trzech Króli, a jego tematem były dary, które według przekazów oni właśnie przynieśli, to zaczęła swoją prelekcję od rysu tego święta w tradycji, a także odniosła go do współczesnej nauki.
Zarówno wierni, jak i uczeni, są podzieleni. Jedni twierdzą, że jest to wydarzenie historyczne, inni, że pochodzi ze Starego Testamentu i przepowiedni. Biblia nie wymienia mędrców ani z imienia, ani z liczby. Imiona pojawiają się dopiero w VIII wieku, a za świętych uważani są oni jedynie w kościołach katolickim i prawosławnym – wyjaśniła na wstępie Elżbieta Holeksa dodając, że nawet interpretacja trzech liter pisanych na drzwiach jest różna. Jedni mówią, że od pierwszych liter imion mędrców, inni, że od łacińskiego zdania Chrystus Pobłogosławił ten dom.
Surowce, którym poświęcone było spotkanie, prelegentka omówiła pod wieloma aspektami. Zwróciła uwagę zarówno na naukę, historię, kulturę, medycynę, jak i tradycję.
Zaczęła od zdawało by się najbardziej znanego, czyli złota. O dziwo jednak zdołała słuchaczy zaskoczyć wieloma ciekawymi informacjami, których dotychczas o złocie nie mieli. O tym, że święconym złotem leczono, wszyscy mamy chyba względne pojęcie, któż bowiem nie zna sposobu leczenia jęczmienia na oku poprzez pocieranie złotą obrączką. Okazuje się, że lecznicze właściwości tego kruszcu mają potwierdzenie w nauce, a w aptekach dostępne są zawiesiny drobinek złota.
Podobnie zarówno mirra, jak i kadzidło używane było w celach leczniczych. Chore miejsca obkładano plastrami z mirry. Mirrą i kadzidłem okadzano mieszkania, szczególnie po przejściu choroby zakaźnej, a już na pewno po wyniesieniu zwłok z danego domostwa.
Kadzidłowiec rośnie dziko na suchych zboczach w Jemenie i w górach Somalii oraz w Indiach. Jest krzewem lub niewielkim drzewem. Z nacięć pnia wycieka biały, mleczny sok żywiczny, który na powietrzu szybko się zestala tworząc białawo-żółte grudki.
Olejek kadzidłowca uważany był za święty olej do namaszczania i używany w religijnych ceremoniach na Bliskim i Środkowym Wschodzie już kilka tysięcy lat temu. W czasach starożytny ceniony był bardziej niż złoto. Współczesne badania potwierdziły starożytną opinię o wielkiej mocy uzdrawiającej, jaką posiada kadzidło. Ze względu na zawarte w nim związki organiczne olejek ten stymuluje układ limbiczny mózgu, gdzie znajdują się nasze emocje – mówiła Elżbieta Holeksa wyliczając, że olejek kadzidłowca pomocny jest przy alergiach, ugryzieniach owadów czy węży, zapaleniach oskrzeli czy innych chorobach dróg oddechowych, bólach głowy, krwotokach, opryszczce, wysokim ciśnieniu, stresie, a stosować go można stosując dyfuzer lub też miejscowo na skórę bądź jako suplement diety dodając kropkę do jedzenia lub mleka.
Mirra natomiast to wonna gumo-żywica z kolczastego krzewu występującego na sawannach Afryki wschodniej i północnej, w Etiopii, Somalii i Kenii oraz na obszarze Półwyspu Arabskiego w Omanie i Jemenie. Mirra również była bardzo dobrze znana w starożytności i tak samo, jak kadzidło, często wspominana jest w Starym Testamencie. Była jedną z najbardziej świętych substancji w starożytnym Egipcie, a kadzidła z mirry były palone w świątyniach, m.in. boga słońca Re. Również Chińczycy używali mirry do leczenia, m. in. artretyzmu i nadciśnienia. Starożytni Grecy natomiast używali mirry do leczenie m. in. infekcji jamy ustnej i schorzeń dróg oddechowych. Mirra pojawia się także w greckiej mitologii. Jednym słowem: cóż za wszechstronność… Mirra używana jest zatem zarówno w obrzędach pogańskich, neopogańskich, jak i kościołów chrześcijańskich…
(indi)
 
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym
Mirra, kadzidło i złoto w Domu Narodowym

wtorek, 7 stycznia 2014

Święto na szlaku

Za nami już okres świątecznej laby i długich weekendów. Wczoraj zakończył się ostatni długi weekend okresu okołoświątecznego. Jak spędziliśmy ostatni wolny dzień? Gdyby aura była adekwatna do daty w kalendarzu, z pewnością wielu mieszkańców regionu wybrałoby się poszusować na nartach. Tymczasem, ku rozpaczy zarówno miłośników nart, jak i, a może jeszcze większej rozpaczy właścicieli wyciągów narciarskich, przy panujących temperaturach nawet najnowocześniejszy sprzęt naśnieżający nie jest w stani
Święto na szlaku
fot: (indi)
Pozostały nam więc spacery i górskie wycieczki. A że wczorajszego dnia (6 stycznia) słoneczna pogoda wybitnie zachęcała do spędzenia czasu na świeżym powietrzu postanowiliśmy sprawdzić, czy mieszkańcy naszego regionu i goszczący u nas turyści wykorzystali ten czas na wędrówki po górach. Jako, że najpopularniejszą miejscowością turystyczno-wczasowo-uzdrowiskową regionu jest Ustroń, a najbardziej obleganymi przez wczasowiczów i kuracjuszy górami Równica i Czantoria, gdyż jedna oferuje wyjazd pod samo schronisko samochodem, a druga wyciągiem krzesełkowym, wybraliśmy się na tą drugą sprawdzić, ilu spotkamy turystów i spacerowiczów. 
Z Ustronia Polany na Polanę Stokłosica dostać się można w dwojaki sposób: pieszo, około półtorej godziny stromo podchodząc dwa kilometry czerwonym szlakiem turystycznym (notabene fragmentem ciągnącego się z Ustronia aż do Wołosatego w Bieszczadach Głównego Szlaku Beskidzkiego), lub wyciągiem krzesełkowym. Jak nietrudno się domyślić, większość osób wybrała tą druga opcję. Podczas wspinania się w górę szlakiem, co, z uwagi na szybki krok zajęło mi godzinę, wyprzedziłam zaledwie jedną parę. Na Polanie Stokłosica spotkałam kolejną grupkę kilku turystów, którzy wyszli tu pieszo. Zdecydowana większość, a trzeba przyznać, że po Polanie wokół górnej stacji wyciągu kręciło się mnóstwo osób, wyjechała tu wyciągiem. Nie brakowało eleganckich dam w płaszczykach, eleganckich kozakach z torebkami na ramieniu. Te raczej wjechały na Polanę, pooglądają widoki (a widoczność tego dnia była wspaniała. Z rana doliny usłane były mgłą, podczas gdy na szczytach można było cieszyć się pełnym słońcem)i zjadą na dół. Ku radości GOPR-owców na szczęście nie było widać pań na szpilkach. Po obserwacji okolicy górnej stacji wyciągu wybrałam się dalej czerwonym szlakiem turystycznym na szczyt Czantorii. Spodziewałam się, że na tym odcinku, który pokonać można już jedynie pieszo, ruch będzie znikomy. A tu pozytywne zaskoczenie. Jednak sporo znalazło się osób, w tym wiele całych rodzin z dziećmi, którym jednak chciało się trochę wysilić i przejść piechotą ten kilometr, co spacerowym krokiem zajmuje około pół godziny. Sporo turystów kręciło się w okolicy czynnych kiosków z pamiątkami w rejonie szczytu Czantorii (notabene w jednym z nich jest jedna z najładniejszych pieczątek turystycznych w naszym regionie), sporo tez osób wchodziło na znajdującą się już po czeskiej stronie wieżę widokową, co w dzień o tak dobrej widoczności faktycznie miało sens i mogło zapewnić niezapomnianych, zapierających dech w piersi wrażeń. No, to teraz na dalszym szlaku nie będzie już nikogo, wszyscy po spędzeniu czasu na szczycie udadzą się z powrotem do wyciągu – pomyślałam ruszając w stronę Małej Czantorii. A tymczasem jedna, druga rodzina z małymi, lecz idącymi już na własnych nogach dziećmi, grupka, para w średnim wieku. Przewidywałam, że ostatni ruch na szlaku zobaczę w rejonie czeskiego schroniska turystycznego. Jakież było moje zdziwienie, gdy na dalszym szlaku spotykałam kolejnych turystów i kolejne rodziny z małymi dziećmi. Jeden tatuś tłumaczył synkowi, że do auta dojdą za jakieś dwie godziny. Zapytany o trasę przyznał, że na Stokłosicę wyjechali wyciągiem, ale zamierzają dojść aż do Małej Czantorii, zejść do Ustronia i starą drogą wrócić do pozostawionego w Ustroniu Polanie samochodu. A dzieci takie późne przedszkole, pierwsza klasa podstawówki. Patrząc na taki widok odżywa wiara, że jednak nasze społeczeństwo nie jest tak całkiem zasiedziane pomiędzy telewizorem a komputerem, na rodzinne wycieczki wybierające się jedynie do centrów handlowych (cóż, trudno orzec, na ile większa frekwencja na górskich szlakach spowodowana była niemożnością zrobienia sobie w świąteczny dzień wycieczki do centrów handlowych). 
Warto także zauważyć, że oprócz turystów pieszych, rodzinnie, spokojnie spacerujących szlakiem spotkać można było kilku biegaczy i rowerzystów w pocie czoła i solidnie ubłoconych pokonujących szlak.
Wracając zdecydowałam się na ścieżkę rycerską, którą dojść można do Ustronia Polany cały czas bocznymi dróżkami i lasami. Odchodzi ona ze szlaku z Czantorii na Małą Czantorię na wysokości Ustronia Poniwca, za wyciągiem narciarskim na Poniwcu. Aż do momentu, gdy ścieżka rycerska skręca z ulicy Akacjowej w kolejną leśną dróżkę, biegnie ona wspólnie z miejscowym ustrońskim szlakiem spacerowym. Na nim spotkać można było masę rodzin idących w obie strony z dziećmi czy psami, co świadczy, że ci, którzy nie wybrali opcji wyjścia w góry, skorzystali z nieco mniej forsownego spaceru korzystając ze szlaków spacerowych.  
Wnioski ze świątecznego spaceru pozwalają na nieco optymizmu. Choć nie da się ukryć, iż niedostateczna ilość ruchu jest zmorą naszej cywilizacji i odczuwalna jest także w naszym regionie (wystarczy zapytać nauczycieli WF i lekarzy, zwłaszcza tych zajmujących się chorobami kręgosłupa czy układu sercowo-naczyniowego, o nadwadze nie wspominając), to widać, że jednak są rodziny dbające o zdrowy tryb życia. A lubiącym rodzinnie spędzać czas na wycieczkach oraz tym rodzicom, którzy chcieliby, lecz trudno im zachęcić do tego dzieci, przypominamy, że istnieje ustanowiona przez PTTK odznaka turystyczna Turystyczna Rodzinka (www.rodzina.pttk.pl, pisaliśmy o tym: http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25295,rodzinne-szlaki.html). Wspólne zbieranie do zeszytu potwierdzeń odbytych wycieczek, opisywanie ich, jest świetną zabawą, a fakt, że na koniec sezonu każda biorąca udział w konkursie rodzina otrzymuje z PTTK przesyłkę ze znaczkami i gadżetami z pewnością cieszy dzieci mobilizuje do dalszego prowadzenia turystycznego dzienniczka.
(indi)
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku
Święto na szlaku