sobota, 8 marca 2014

Nowi członkowie Sekcji Ludoznawczej PZKO


Nowi członkowie SL PZKO. Od lewej: Wojciech Grajewski, Czesław Stuchlik, Rafał Marchlewicz
Nowi członkowie SL PZKO. Od lewej: Wojciech Grajewski, Czesław Stuchlik, Rafał Marchlewicz
Na zebranie Sekcji Ludoznawczej przy Zarządzie Głównym PZKO 6 marca przyszło aż trzech nowych członków. Wszyscy trzej interesują się kulturą ludową naszego regionu, w różnej formie zetknęli się wcześniej z działalnością SL PZKO i uznali, że chcą się do niej włączyć.
Czesław Stuchlik z Pogwizdowa interesuje się wszystkim, co związane z rodzimym regionem. Najwięcej uwagi poświęca rodzinnej miejscowości oraz sąsiednim Łąkom, a współpracą z rodakami zza Olzy zajmuje się od dawna. Między innymi to on był inicjatorem reaktywowania współpracy pomiędzy strażakami ochotnikami z Pogwizdowa i Łąk. Opowiadając o sobie zaczął od czasów szkolnych, kiedy jako uczeń jedynego w Polsce Technikum Ochrony Roślin miał w dwóch równoległych klasach ludzi z różnych regionów kraju, już wtedy więc miał okazję obserwowania różnic kulturowych, w gwarze czy zwyczajach.
W młodości pracował też jako listonosz, który to zawód, zwłaszcza wtedy, w powojennych czasach, kiedy nawet po pocztę do rozniesienia do Cieszyna trzeba było iść piechotą, nie mówiąc już o pieszym roznoszeniu korespondencji po całym Pogwizdowie, sprzyja poznawaniu zarówno okolicy, jak i ludzi. Później pracował w przeróżnych miejscach. Przez lata szefował powiatowym Kółkom Rolniczym, był też urzędnikiem powiatowym. Jego praca zawodowa pozwalała jednocześnie lepiej poznawać region cieszyński.
Kiedy przeszedł na rentę, zajął się hodowlą koników polskich, ziołolecznictwem, piramidami oraz właśnie poznawaniem i dokumentowaniem kultury ludowej rodzimego regionu. Stał się ekspertem w wielu dziedzinach, a podczas ostatniego Konkursu Gwar „Po Naszemu Po obu stronach Olzy” współorganizowanego przez Sekcję Ludoznawczą PZKO był w jury ekspertem od gwar Dolańskich.
Kolejnym nowym członkiem SL PZKO stał się Rafał Marchlewicz. Do Brennej przyjechał na stałe 10 lat temu z… Gdańska. I tak zafascynował się lokalną regionalną kulturą, że stał się jednym z jej głównych propagatorów w Brennej. Z wykształcenia geograf nigdy w zawodzie nie pracował. Już na studiach przyjeżdżał do Brennej jako wychowawca na kolonie. Później znalazł tu pracę w jednym z pensjonatów.
Ożenił się z Brennianką i wspólnie prowadzą regionalna gospodę. Ale ich „Kozia Zagroda” to nie tylko gospoda, w której w regionalnym wystroju można zjeść regionalną strawę. To także miejsce odtwarzania kultury pasterskiej. Beata i Rafał organizują w wybudowanej obok gospody kolybie pokazy i warsztaty. Mają mnóstwo pomysłów na realizację swych pasji, które jednocześnie przybliżą tradycje pasterskie beskidzkiej kultury. A wszystko zaczęło się, jak mówi, od pierwszych kóz, które dostali w prezencie ślubnym.
Wojciech Grajewski natomiast wychował się w Brennej, choć korzenie ma, jak to określił, ogólnopolskie, a rodzice pochodzą z różnych części kraju. W Brennej się nie urodził, ale już tutaj był chrzczony. Skończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, pracuje w Książnicy Cieszyńskiej w Cieszynie, właśnie opublikował swoja pierwszą książkę, w której analizuje historię i kulturę ludową Brennej.
Wszyscy trzej nowi członkowie Sekcji Ludoznawczej zamierzają aktywnie włączyć się w pracę sekcji z jednej strony pomagając sekcji realizować założone zadania, jak m.in. badanie i dokumentowanie przejawów kultury ludowej na Śląsku Cieszyńskim, dokumentowanie odchodzących w zapomnienie nazw miejscowych, propagowanie gwary i tradycji wśród młodzieży, z drugiej zaś czerpiąc z niej wiedzę o regionie, który tak bardzo ich interesuje.
Jako, że było to pierwsze zebranie SL PZKO w tym roku, podsumowano rok 2013 i omówiono plany na rok bieżący. W planach tych znalazła się zarówno organizacja sztandarowych imprez mających na celu propagowanie naszej kultury i gwary, jak i działalność dokumentacyjna, badawcza, a także poznawcza. Już zaplanowano bowiem pierwszą wycieczkę poznawczą członków SL PZKO, tym razem do Pogwizdowa, po którym oprowadzi Czesław Stuchlik. (indi)
http://zwrot.cz/2014/03/nowi-czlonkowie-sekcji-ludoznawczej-pzko/#more-3832
----------------------------------

Nowi członkowie sekcji

Ludoznawcy zza Olzy a właściwie z obu brzegów Olzy. Coraz prężniej działa bowiem Sekcja Ludoznawcza przy Zarządzie Głównym Polskiego Związku Kulturalno - Oświatowego w Republice Czeskiej. Po ostatnim zebraniu, jakie odbyło się 6 marca w siedzibie PZKO w Czeskim Cieszynie, Sekcji przybyło trzech nowych członków.
Nowi członkowie sekcji
fot: (indi)
 Wszyscy trzej mieszkają po polskiej stronie Olzy, a w szeregi Sekcji wstąpili, gdyż zetknęli się wcześniej z jej działalnością i uznali, że oni również chcą w działalności tej uczestniczyć, wesprzeć swą społeczną pracą ludoznawców zza Olzy jednocześnie wzbogacając i poszerzając swoją wiedzę, gdyż nasz region, jego tradycyjna kultura i historia bardzo ich interesują.

Nowymi członkami Sekcji Ludoznawczej PZKO stali się więc Czesław Stuchlik z Pogwizdowa od lat interesujący się kulturą, gwarą i muzyką regionu, Rafał Marchlewicz z Brennej prowadzący z żoną Kozią Zagrodę będąca nie tylko karczmą regionalną, ale także miejscem organizowania ciekawych pokazów i warsztatów na temat pasterstwa w Beskidach oraz Wojciech Grajewski z Brennej pracujący w Książnicy Cieszyńskiej, który ostatnio wydał swoją pierwszą książkę, właśnie o historii i tradycji regionalnej w Brennej.

Sekcja Ludoznawcza PZKO zajmuje się, jak sama nazwa wskazuje, szeroko pojętym ludoznawstwem traktowanym w tradycyjnym ujęciu. Warto o jej działalności wspomnieć właśnie teraz, w roku kolbergowskim, kiedy przypominana jest nie tylko postać Oskara Kolberga, ale ogólnie polska działalność ludoznawcza. SL działa na polu badania i dokumentowania przede wszystkim zaolziańskiej polskiej ludowej kultury materialnej, duchowej i społecznej oraz upowszechniania wyników badań w Zaolziańskim społeczeństwie. Sekcja współpracuje z ośrodkami i instytucjami naukowymi, muzeami etnograficznymi oraz regionalnymi w Czechach, jak i za granicą, przede wszystkim w Polsce.

Badania terenowe polegają, podobnie jak prace dokumentacyjne, zwłaszcza na zbieraniu, rejestracji i opracowywaniu ludowych nazw miejscowych, prowadzeniu wywiadów wśród ludności na temat miejscowych tradycji ludowych dotyczących ciąży, narodzin, chrztu, czasu nauki, narzeczeństwa, ślubu i wesela, współżycia małżeńskiego, starości i towarzyszących jej chorób, zgonu, pogrzebu i stypy, zbieraniu informacji i wiadomości oraz opracowywaniu całokształtu zagadnień z medycyny i weterynarii ludowej na Śląsku Cieszyńskim, badaniu i rejestrowaniu rodzimej tradycyjnej architektury ludowej, szczególnie wiejskiej, utrwalaniu na filmie (fotografia, wideo) małej architektury sakralnej (Boże Męki, krzyże i kapliczki przydrożne, mogiły historyczne itp.) i ich opisaniu, opracowywaniu i publikowaniu scenariuszy widowisk, skeczy, wierszy itp. dla zespołów. Każdy więc miłośnik regionu znajdzie tam pole działalności dla siebie, którą wykonywał będzie z pożytkiem dla siebie i Sekcji.
(indi)
 
Nowi członkowie sekcji
Nowi członkowie sekcji
Nowi członkowie sekcji
Nowi członkowie sekcji
Nowi członkowie sekcji

Co wspólnego mają Inkowie ze Słowianami?

Kolejną propozycją herbaciarni Laja na Zamku w Cieszynie i Koła Naukowego Etnologów z Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie było spotkanie z językoznawcą Ireneuszem Kidą. W ramach cyklu ''Spotkania z Kulturą'' tym razem słuchaczom przybliżono kulturę Inków. Jako, że prelegent jest językoznawcą, skupił się na omawianiu języka Inków, quechua. W dodatku, co z pozoru wydaje się nieprawdopodobne, wskazał na pewne podobieństwa języka quechua i języków słowiańskich.
Co wspólnego mają Inkowie ze Słowianami?
fot: (indi)
Język quechua jest to język, którym mówiło się w dawnym imperium Inków, czyli w dawnym Peru, Boliwii, Ekwadorze, północnym Chile, północnej Argentynie oraz w zachodniej Brazylii i południowej Kolumbii, gdyż imperium Inków rozpościerało się po zachodniej stronie Andów. Imperium Inków powstało w XII wieku naszej ery. – Kultury Ameryki są więc najmłodsze. Człowiek wywędrował z Afryki, z Etiopii, Kenii jakieś sto, dwieście tysięcy lat temu, czyli w momencie, kiedy powstał homo sapiens. Przemieszczał się przez Azję Mniejszą, przez Bliski, Środkowy Wschód, później do Australii, Azji, Europy, a przez cieśninę Beringa oraz przez różne wysepki na Oceanie Spokojnym przemieścił się do Ameryki, najpierw północnej, później Południowej. Stąd bierze się fakt, że kultury Ameryki Północnej i Południowej są znacznie młodsze od kultur afrykańskich czy azjatyckich, europejskich – wprowadził do zamierzchłej historii prelegent.

Przechodząc już do omawiania kwestii stricte językowych prelegent wskazał na problem nieścisłej granicy pomiędzy językiem, a dialektem. Za przykład podął choćby język serbsko-chorwacki, który po rozdziale państwa na dwa również starano się jak najbardziej rozdzielić i odróżnić, co wcale nie było takie proste, gdyż wcześniej język był wspólny dla obu narodowości. Język Inków jednak należy do odrębnej grupy j językowej, niż na przykład język Azteków. - Dziś językiem quechua ciągle mówi około 12 milionów ludzi – zauważył prelegent dodając, że w Bielsku jest pani z Peru, która uczy hiszpańskiego. Nie zna natomiast języka quechua.  – Kiedy prowadziłem kurs z quechua, to przychodziła, żeby się trochę nauczyć quechua, bo jej rodzice znają quechua, ale ona sama nie zna, ponieważ w Peru istnieje tendencja, że rodzice, którzy mówią w języku quechua, nie uczą swoich dzieci tego języka, ponieważ uważają, że dzieciom będzie łatwiej w życiu, jak będą mówić po hiszpańsku. Jeśli ktoś mówi quechua to tak, jakby u nas był cyganem, istnieje stereotyp jak u nas cygana. W Peru jest stygma, że jak ktoś mówi quechua, to jest ze wsi, biedny, brudny, wulgarny i żebrzący i rodzice nie chcą, żeby ich dzieci uczyły się języka, który nosi jakąś stygmę, negatywne skojarzenia. Ale to nie znaczy, że język quechua się nie odradza. Są instytucje, uniwersytety, które propagują ten język i na przykład osoba, która chce się zatrudnić w jakimś miejscu, dostaje więcej pieniędzy, jeśli zna język quechua. Tak że wręcz przeciwnie, nie dyskryminuje się, a popiera osoby, które znają quechua, ale ciągle jest to jeszcze tendencja w powijakach – mówił Ireneusz Kida.

Źródła podobieństw miedzy językiem quechua a językami indoeuropejskimi prelegent doszukiwał się między innymi w prawdopodobnych kontaktach Inków z Wikingami. – Jest to prehistoria i tak naprawdę nie mamy szczegółowych danych. W językoznawstwie o historii mówi się wtedy, gdy zaczęło się pismo, a prehistoria to cały okres przedpiśmienny – wyjaśnił.

Po wstępie teoretycznym prelegent przeszedł do praktycznej… nauki słuchaczy języka quechua. Wytłumaczył podstawowe zasady tego języka, które okazują się bardzo proste. - Gdyby twórca języka esperanto znał język quechua, z pewnością nie stworzyłby esperanto, a przyjął język quechua – stwierdził językoznawca wyjaśniając, że język quechua jest językiem całkowicie regularnym. Nie ma żadnych wyjątków, zasady tworzenia np. liczby mnogiej są zawsze takie same – poprzez dodanie do słowa „kuna”. Nie ma, jak w polskim, nieregularnej liczby mnogiej, że np. człowiek – ludzie, samochód – samochody, dziecko – dzieci. Tam każdą liczbę mnogą tworzy się przez dodanie „kuna”.

Również wiele innych konstrukcji w języku quechua tworzonych jest właśnie przez dodanie konkretnego przyrostka. Co ciekawe tworzą się w ten sposób ciągi słów bez przerw, co dla początkującego wydaje się być karkołomne, choć Ireneusz Kida twierdzi, że nie sprawia to większych problemów. Quechua Jest językiem aglutynacyjnym, jak chiński, turecki, suahili, baskijski. Aglutynacja to jest doklejanie czegoś. Jak przekonuje językoznawca system taki znacznie ułatwia proces nauki języka.

Inną ciekawostką języka quechua jest… brak rozróżnienia płci. Nie ma słów ona i on. Słuchacze ze śmiechem zauważyli, że gender wzbudzające ostatnio tyle zamieszania i emocji w mediach u Inków było zawsze…. – Płeć jest biologiczna, a gender językowa. Języki mają gender, czyli właściwie rodzaj. Po angielsku „rodzaj” to jest „gender”. Jeśli mamy zgodę pomiędzy płcią, a rodzajem, to jest rodzaj naturalny. A jeśli mamy niezgodę pomiędzy płcią, a rodzajem, to mamy rodzaj gramatyczny. Na przykład w angielskim wszystko martwe, to jest „ono”. A w polskim ławka to ona, samochód – on, drzewo – ono, czyli rzeczy nieożywione mają płeć, ale biologicznie są martwe. Płeć jest obiektywna, biologiczna, a gender, rodzaj, to jest subiektywne, to, co toczy się w głowie.

Prelegent wymienił także różne cechy języka quechua. Na przykład nie ma w czasie teraźniejszym czasownika „być”. Tak, jak w rosyjskim nie ma w czasie teraźniejszym czasownika „być”. Nie mówimy „to jest drzewo”, tylko „to drzewo”. Podobieństw języka quechua doszukiwał się też z językami germańskimi. Np. „runtu” to jajo, a „runt” po niemiecku to okrągły. Podobnie brzmiące słowa o podobnym znaczeniu znalazł także w językach staroangielskim oraz innych starych językach.
Co znamienne, w języku quechua nie ma też czasownika „mieć”.  - Jest to cecha typowa dla wielu języków. Celtycki, rosyjski, języki azjatyckie. Ma to sens. Ludzie nie mieli niczego, wędrowali, przemieszczali się po tundrach, stepach, pustyniach. Mieli bydło, namioty, trochę szmat, ale nie wykształcił się u nich czasownik oznaczający posiadanie, własność – mówił Ireneusz Kida. Obecny na prelekcji Michał Paluch zapytał, czy pojawienie się słowa „mieć” idzie w parze z pojawieniem się osiadłej gospodarki rolniczej.

 Słowo „mieć” czy posiadanie to jest wymysł zachodnich cywilizacji. Wschodnie cywilizacje raczej nastawiają się na „być”, aniżeli na „mieć”. Na wschodzie bardziej zwraca się uwagę na to, że jesteśmy. Ostatnio oglądałem dokumentalny film, jak matka mówi do dziecka. We wschodnich kulturach jak się dziecko bawi, to mówi „co robi auto, teraz nasypuje, jedzie, przejdziemy, pójdziemy” itd. Na zachodzie mówi się „a co to jest. To jest traktor, lalka” itd.. Zwraca się uwagę na jednostkę, na przedmioty, że te przedmioty są, są moje. Na wschodzie liczy się materiał, skąd coś pochodzi, a na zachodzie podobieństwa. Brak słówka „mieć” charakterystyczny jest dla wschodnich języków. Chociaż na przykład celtycki też go nie ma – wyjaśnił językoznawca dodając, że wśród Inków nie istniało pojęcie mieć do czasu, jak przybyli tam Hiszpanie.

Dopiero jak Europejczycy przybyli do ameryki, wprowadzili pojęcie posiadania, że ktoś coś posiada. Wcześniej tego nie było. Indianie się przemieszczali po stepach, a nawet Inkowie, którzy prowadzili osadniczy tryb życia, bo zajmowali się rolnictwem, mieli wszystko wspólne. Mieć to w ich języku jest, że cos jest przy mnie, na przykład „dom jest przy mnie”. W irlandzkim islandzkim, nie w irlandzkim angielskim też jest, że coś jest przy mnie – wyjaśnił Ireneusz Kida.
Po prelekcji wywiązała się ciekawa dyskusja na temat ewolucji języka w ogóle.  - Jak cywilizacje się rozwijały, to język zaczął się coraz bardziej odrywać od rzeczywistości. Na przykład język polski jest bardziej oderwany od rzeczywistości, aniżeli język angielski. Język angielski ma rodzaj naturalny, gdzie płeć i rodzaj się zgadzają, a w polskim płeć i rodzaj się nie zgadzają – zauważył Ireneusz Kida.

- Czy to odejście języka od rzeczywistości w Polsce z czegoś się bierze? – zapytywał Michał Paluch. - Tak. Odejście od rzeczywistości to jest abstrakcja. Język staje się coraz bardziej abstrakcyjny. Uważam, że dzieje się tak, ponieważ świadomie dążymy do przyziemności, racjonalizacji języka, a podświadomie dążymy do abstrakcji. I jeśli jest względny spokój w języku, w polityce, to dążymy do coraz większej abstrakcji. A jeśli jest jakaś sytuacja nagła, jakaś wojna, to zmusza nas do racjonalności, uruchamia się nam wtedy świadomość. Prymitywne języki były bardziej przyziemne. One odzwierciedlały mniej więcej rzeczywistość. Ale później, jak język się utwierdzał w głowie, człowiek mógł wejść w świat językowy i tworzyć Bajki, rymy, panował nad językiem do tego stopnia, że mógł bawić się tym językiem. Gdyby nastąpiło jakieś zmieszanie się języków, przyjechali do nas emigranci z różnych terenów i mówili różnymi językami, to wtedy nastąpiłoby zamieszanie i wtedy język polski uprościłby rodzaj, uprościłby gramatykę i powstał by bardziej intuicyjny język i prawdopodobnie rodzaj naturalny – sugerował językoznawca. Czyżby wniosek był taki, że jak nie mamy innych problemów, to komplikujemy sobie język? Nic, tylko się cieszyć, że zawiłości naszej mowy świadczą o niezwykłym dobrobycie…

Językoznawca przypomniał też słuchaczom to, co w naszym języku polskim funkcjonowało niegdyś, a obecnie są tego jedynie pozostałości. Na przykład liczba. Obecnie mamy liczbę pojedynczą i liczbę mnogą. A kiedyś mieliśmy trzy liczby: pojedynczą, podwójną i mnogą. Pozostałością po tym systemie są takie słowa, jak słowo. Jedno słowo, dwa słowie, słowa to trzy i więcej. Mamy powiedzenie „mądrej głowie dość dwie słowie”. Do tej pory słoweński jako jedyny słowiański i jedyny indoeuropejski język zachował liczbę podwójną. My mamy ją już tylko w powiedzeniach, przysłowiach. Choć mówi się i rękami i rękoma. Rękami to jako naszymi wspólnymi rękami, a rękoma, to dwoma rękoma. Mamy tez jeden rok, dwa lata, trzy lata, cztery lata, pięć lat. Czyli liczba podwójna została rozszerzona na cztery.
Słuchacze, którymi byli zarówno studenci, jak i osoby „z miasta”, niekoniecznie młodzież, z prelekcji wyszli bogatsi o ciekawą wiedzę i zadowoleni, że poznali coś nowego i ciekawego.
(indi)

Pieprzem we wszystkie choroby

Gościem kolejnego spotkania Klubu Radiestetów, jakie zorganizowano w klubie Nasz Kącik cieszyńskiego Domu Narodowego 5 marca, był Walenty Witczak. Naturoterapeuta proponował słuchaczom, by zamiast do lekarza i apteki po leki wybrali się? do kuchennej szuflady z przyprawami, do lasu i sklepu zielarskiego.
Pieprzem we wszystkie choroby
fot: (indi)
Otwieram gazetę i czytam: podwyżka cen leków. Lek, który kosztował 3,20, będzie kosztował 73,31… Tabletek ani witamin nikomu nie polecam. Przedawkowanie witamin też może zaszkodzić– mówił Walenty Witczak. Czym więc naturoterapeuta radzi leczyć poszczególne dolegliwości? 
Specyfikiem, któremu poświęcił uwagę w pierwszej kolejności, jest pieprz cayene. – Dostaniecie go państwo w każdym sklepie. Pomaga prawie na wszystko, poczynając od nadciśnienia i schorzeń wieńcowych, po wrzody żołądka, a nawet łysienie. Na kaszel zmieszać pieprz z miodem w proporcji 1:1, trzy łyżeczki dziennie. Przeziębienie, chrypka, katar, angina: 3-5 razy dziennie po szklance herbatki. Nadciśnienie: pić herbatę 3 razy dziennie. Zaburzenia wieńcowe: pić herbatę 2 razy dziennie. Cholesterol: spożywać pieprz w potrawach i systematycznie pic herbatki. Bóle mięśniowe: oliwkę dla dzieci zmieszać z pieprzem cayene 3 łyżki olejku i 1 łyżkę pieprzu i tą papkę nakładać w bolące miejsce. Wrzody żołądka: łyżkę kopiatą pieprzu do szklaneczki z setką wody, rozmieszać, wypić. Zwichnięcia, hemoroidy, zatwardzenia, osłabienia słuchu, impotencja – też pieprz pomaga – wyliczał zastosowanie pieprzu cayene Walenty Witczak. Przybyli na spotkanie Klubu Radiestetów słuchali uważnie, wielu notowało. Padło też pytanie z sali, co to znaczy herbatka z pieprzu. Okazało się, że po prostu płaska łyżeczka pieprzu rozmieszana w szklance wody. A co to w ogóle jest pieprz cayene? Pewien gatunek papryki chili.
Prelegent zwrócił uwagę na fakt, że najbardziej poszkodowanym naszym organem jest wątroba. – Mamy problem z oczami, to idziemy do okulisty, z uszami do laryngologa. A nikt nie zajmuje się wątrobą. A to właśnie problemy z wątroba mogą być powodem dolegliwości oczu czy uszu – zauważył. Zdradził też, że na wątrobę najlepszy jest ostropest plamisty. 
Kolejnym specyfikiem, o którym mówił Walenty Witczak, jest nafta.  - Jeżeli będziemy pili łyżeczkę dziennie profilaktycznie, na pewno na wiele chorób sobie pomożemy. Na co służy? Umysł, głowa, oczy, uszy, nos, twarz, żołądek, układ oddechowy, serce, kończyny, skóra, gorączka, samopoczucie, układ moczowy – wyliczał jednym tchem dodając, że naftą można też pomóc domowym zwierzętom, wsmarowując na przykład, gdy mają jakieś choroby skóry. O jakiej nafcie mowa, by była zdatna do użytku wewnętrznego? Nafta D5 kupowana w aptece. 
Walenty Witczak omówił także olej rycynowy. Nie proponował jednak używania go wewnętrznego, a do okładów na zwichniętą nogę, bolący łokieć, bolący żołądek. – Tylko jak zdejmiemy olej rycynowy z ciała, trzeba zmyć to miejsce łyżeczką sody oczyszczonej rozmieszanej w pół litra wody, bo wszystkie toksyny wyjdą na skórę - przestrzegał. 
Kolejne specyfiki lecznicze, które Walenty Witczak polecał, nie pochodzą już ani z apteki, jak nafta, ani ze sklepu zielarskiego czy spożywczego, jak pieprz cayene, ale… z lasu albo wręcz miejskiego parku. –W tym roku wyjątkowo wcześnie wyrósł czosnek niedźwiedzi. Wspaniale oczyszcza organizm na wiosnę. Ja zbieram około 40 listków, przekroje wzdłuż, pokroje jak szczypiorek, łyżka śmietany, łyżka sera białego, zmieszam i zjadam. Zbieram raz na tydzień, opłuczę, trzymam w lodówce i jem porcję codziennie i czuję się wspaniale. 
Prelegent mówił także o tataraku wspaniałym na wszelkie dolegliwości jelitowe. - Ażeby pozyskać kłącze tataraku, nie można ciągnąć, trzeba nożem przejechać pod spodem, żeby odciąć korzonki. Można pokroić w plasterki i skandyzować, żuć. Jeżeli będziemy żuć takie kłącze tataraku przez 2 tygodnie, to po 2 tygodniach papieros nie będzie smakować - zapewniał. – Tylko z tatarakiem trzeba ostrożnie. Tak samo, jak z marchewką, pietruszką. Nigdy marchewki nie krójcie w plasterki, bo tracicie. Pokrójcie ją w słupki i w plasterki i zobaczcie, która jest lepsza, jak się ugotuje – radził Walenty Witczak przekonując, że krojona w słupki jest o wiele smaczniejsza. Polecał też czarna rzepę. I kapustę.
Jeżeli ktoś wam mówi, że kapusty nie może jeść, bo go wątroba boli, to niech nie je tej kapusty z kotletem i sosem. Jak ktoś zje smażony kotlet, to wiadomo, że wątroba się odezwie. Po kapuście nigdy. Jeśli macie swoją kiszona kapustę, nie wylewajcie kwaśnicy. Do półlitrowego słoika włóżcie 5 główek czosnku i zalejcie kwaśnicą. Ma cudowny smak i właściwości – przekonywał Walenty Witczak. 
(indi)
Pieprzem we wszystkie choroby
Pieprzem we wszystkie choroby
Pieprzem we wszystkie choroby

piątek, 7 marca 2014

Nepal - nie tylko Himalaje

Kolejną atrakcję dla lubiących poznawać odległe zakątki świata, a nie mogących sobie pozwolić na dalekie podróże, przygotował Dom Narodowy w Cieszynie. We wtorkowe popołudnie, 4 marca, zdjęciami i wrażeniami z podróży do Nepalu podzieliła się Ewa Kostrzewa.
Nepal - nie tylko Himalaje
fot: (indi)
Swoją prelekcję zatytułowała Nepal - nie tylko Himalaje. Podkreślała, że zwiedzała w Nepalu nie to, z powodu czego jeździ tam większość turystów, czyli Himalaje, a kraj zwykłych ludzi oraz zabytki ich historii. Nie wspinała się więc po górskich szczytach, choć i kilka zdjęć z gór przywiozła. Wybrała się bowiem na przelot samolotem nad szczytami, a także odwiedziła niewielkie miasteczko z widokami na Himalaje. Głównie jednak zwiedzała nepalskie miasta. 
Sporo uwagi prelegentka poświęciła Katmandu, stolicy Nepalu. Wyjaśniła, że każda stolica ma centralny plac, durbar, i właśnie te place w każdej z trzech kolejnych historycznych stolic Nepalu podróżniczki odwiedzały zwiedzając usytuowane przy nich buddyjskie świątynie. Kolejnym cennym zabytkiem Katmandu jest dzielnica tybetańska. Tybetańczycy w tej dzielnicy mieszkają, więc jest ona żywa, niezwykle kolorowa, przyozdobiona. Oprócz opisywania zabytków i ich historii prelegentka opowiedziała też legendę o powstaniu Nepalu. A mówi ona, że było duże święta jezioro, na tym jeziorze była wyspa, a na wyspie lotos ukrywający światło Buddy. Święty mąż z Tybetu, który tam chodził stwierdził, że dobrze byłoby, gdyby wszyscy mieli do tego dostęp. A ponieważ to jezioro było usytuowane pomiędzy dwoma pasmami górami, wyrąbał przełęcz i cała woda świętego jeziora spłynęła, powstała dolina Katmandu, a w miejscu, gdzie była wyspa i lotos postawiono stupę świątyni małp. Legenda wyjaśnia też powstanie świątyni małp. Otóż mówi ona, że z każdego włosa tego świętego męża powstawały drzewa, natomiast małpa powstawała z każdej wszy…
Ewa Kostrzewa mówiła też o nepalskiej rzeczywistości. Na przykład o tym, że był to pierwszy z odwiedzanych przez nią krajów, w którym było tak dużo wojska. Sporo też zaskakujących Europejczyka rozwiązań technicznych opartych głównie o możliwości warunków naturalnych i miejscową rzeczywistość. Na przykład do ogrzewania wody służą czarne bojlery zamontowane na dachach. – Problem tylko w tym, że jak słońce zajdzie, to woda bardzo szybko się ochładza – zauważyła prelegentka. – Z tego, co wiem Nepal eksportuje prąd do Indii. Skutkiem tego przez co najmniej 6 godzin w ciągu dnia nie ma prądu, co odczuwa się w momencie, kiedy chce się naładować aparat, komórkę, albo gdy człowiek chce się wykąpać i okazuje się, że prądu nie było i woda nie została przepompowana do bojlera. Tak więc kąpiel w zimnej wodzie, lub brak kąpieli, to tam jest standard… - wspominała podróżniczka. – Jeżeli chodzi o czystość, to Nepal mnie trochę zaskoczył. Myślałam, że jest to czystsze miejsce. Ale ludzie mi powiedzieli, że w Indiach jest jeszcze gorzej. Więc na razie do Indii nie chcę jechać… - wyznała stwierdzając, że w Nepalu od czasu do czasu można spotkać kosze na śmieci, ale utylizacja śmieci z kosza polega na podejściu jakiejś osoby i zrobieniu z tego ogniska. – Mimo tej ilości śmieci ludzie, którzy posiadają jakieś sklepiki, myją codziennie ich otoczenie, żaluzje.  Powietrze w Katmandu, ale w ogóle w całym Nepalu, nie jest dobre, bardzo zapylone. Wiele osób nosi maski – opowiadała. 
- Jeżeli chodzi o znakowanie dróg, to można od czasu do czasu spotkać napisy, głównie nepalskie, ale bardzo często napisów w ogóle nie ma. Więc jeżeli ktoś z państwa by błądził po tamtejszych drogach, to proponuję szukać informacji o restauracjach czy sklepach, bo na podstawie tych właśnie tablic można znaleźć miejscowość, nazwę ulicy i w ten sposób odnaleźć się znowu na mapie i wiedzieć, gdzie się jest – mówiła Ewa Kostrzewa.
Oprócz opisania niezbyt czasem komfortowej nepalskiej rzeczywistości i garści porad praktycznych dla tych, którzy do Nepalu się wybierają, Ewa Kostrzewa opisała też uroki nepalskiego krajobrazu oraz ciekawe zabytki. Nepal to kraj buddyjski, największymi więc zabytkami są tam buddyjskie stupy, czyli budynki modlitewne. Budowane według określonych zasad i bardzo bogato i kolorowo przyozdobione stanowią niewątpliwą atrakcję dla turysty. Nie do wszystkich może on jednak wejść. Są świątynie, które zarezerwowane są tylko dla wiernych, a turyści mogą obejrzeć je jedynie z zewnątrz. Do innych można natomiast wejść do środka i podziwiać specyficzny ich wystrój. Wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe, podróżniczka fotografowała, a zdjęcia pokazała przybyłym na prelekcję. 
(indi)
Nepal - nie tylko Himalaje
Nepal - nie tylko Himalaje
Nepal - nie tylko Himalaje
Nepal - nie tylko Himalaje
Nepal - nie tylko Himalaje
Nepal - nie tylko Himalaje

folder Hucuła



czwartek, 6 marca 2014

Miasto i region w międzynarodowym obiektywie

W Galerii Na Piętrze cieszyńskiego Domu Narodowego oglądać można wystawę fotograficzną ''Nasze Miasto - Nasz Region''. Swe prace prezentują na niej członkowie Cieszyńskiego Klubu Fotograficznego i Fotoklubu ''Zvonek'' z Czeskiego Cieszyna.
Miasto i region w międzynarodowym obiektywie
fot: (indi)
Jest to drugie i na pewno nie ostatnie wspólne przedsięwzięcie z fotoklubem „Zvonek”. Wystawa jest pokłosiem współpracy, jaka zawiązała się między CTF-em a Zvonkiem we wrześniu zeszłego roku – wyjaśnia Marcin Wieczorek, prezes CTF-u. Podkreśla, że miejsce na wystawę jest wprost idealne. 
Jest to galeria dużo bardziej dostępna, niż ta na dole. Codziennie się tu przewija mnóstwo ludzi, którzy chodzą na koncerty, wykłady, spotkania na dużej sali, którzy chodzą na zajęcia do różnych sal Domu Narodowego i przechodząc patrzą na prace, które są tutaj wywieszone. 
Wernisaż wystawy odbył się 4 marca, a ekspozycję w Galerii „Na Piętrze” będzie można oglądać do 21 marca.
(indi)
        

Spójrz na Śląsk cieszyński okiem obiektywu

Członkowie Klubu Fotograficznego START przy Oddziale PTTK ''Beskid Śląski'' w Cieszynie spotkali się na kolejnym zebraniu organizacyjnym 3 marca w siedzibie PTTK w Skoczowie. Głównym tematem obrad było dopracowanie regulaminu konkursu fotograficznego ''Cieszyńskie bez granic''.
Warto wiedzieć, że konkurs jest otwarty i każdy miłośnik fotografii może wziąć w nim udział. Prace nadesłane na Konkurs mają przedstawiać powiat cieszyński oraz Zaolzie. Można nawiązać w nich do zdobywania odznak turystycznych oraz do imprez organizowanych przez Oddział PTTK "Beskid Śląski" i jego jednostki organizacyjne. Celem Konkursu jest promowanie poprzez fotografię powiatu cieszyńskiego oraz Zaolzia na terenie całej Polski.
Konkurs potrwa do 03.11.2014. Każdy uczestnik może zgłosić na Konkurs maksymalnie 5 zdjęć (łącznie), a minimalny format nadsyłanych zdjęć to A4 (papier fotograficzny matowy lub błyszczący). Technika wykonania zdjęć jest dowolna. Organizator nie zwraca zdjęć nagrodzonych oraz zdjęć wybranych do dalszych wystaw. Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do nieodpłatnego wykorzystania nadesłanych fotografii m.in. w wystawie pokonkursowej oraz w publikacjach związanych z turystyką, ale każdorazowo zdjęcia zostaną podpisane imieniem i nazwiskiem autora. Warto też zauważyć, że Organizatorzy gwarantują wystawę nagrodzonych prac nie tylko w Cieszynie, ale także w Galerii Krajoznawczej PTTK przy Senatorskiej 11 w Warszawie. A ogłoszenie wyników konkursu nastąpi w prasie lokalnej oraz w ogólnopolskich mediach turystycznych.

Jury prace oceniać będzie w dwóch kategoriach wiekowych: od 8 do 16 lat oraz od 17 lat i więcej. Więcej szczegółów oraz regulamin konkursu znaleźć można na stronie internetowej Klubu Fotograficznego START: CZYTAJ>>>
(indi)