wtorek, 9 grudnia 2014

Opowieści z Rosji w Lai

Kolejne spotkanie z kulturą organizowane przez Koło Naukowe Etnologów działające na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie poświęcone będzie Rosji. 10 grudnia w herbaciarni Laja na Zamku spotkamy się z Janem Liniany, który zrelacjonuje słuchaczom swą rowerową wyprawę po Rosji.
- Znany studentom pedagogiki i nie tylko Jan Liniany na spotkaniach w Laji już nie raz pokazał, że potrafi zainteresować odbiorcę. Jego antropologiczne zacięcie w socjologicznym spojrzeniu przekłada się na słuszne i zaskakujące niekiedy wnioski. A że warto poznać kulturę kraju tak bliskiego, jednocześnie tak niezrozumiałego, zapraszamy 10 grudnia, to jest środa o godzinie 19.00 (tak jak dobranocka) zapewne już w jakuckim mrozie, na czeski czaj – zachęcają organizatorzy podkreślając, że wstęp jest bezpłatny.

Warto przyjść do Laji, gdyż sporo o Rosji ostatnio słychać w mediach. Ale jaki kraj ten jest naprawdę? Widziany nie przez pryzmat polityki, a etnologii z pewnością może okazać się ciekawy. - Z pewnością mogę powiedzieć, że Rosja to nie tylko kraj. To stan świadomości – stwierdza podróżnik.
(indi)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Oryginalna choinka w ZSEG

Jak co roku w holu budynku Zespołu Szkół Ekonomiczno Gastronomicznych im. Macierzy Ziemi Cieszyńskiej w Cieszynie stanęła choinka. Tradycyjnie już ozdoby wykonała młodzież i pracownicy szkoły, a jej przystrojenia i zapalenia lampek dokonano wspólnie i uroczyście w piątkowe do południa 5 grudnia.
Oryginalna choinka w ZSEGKażda klasa przygotowała dzwonek charakteryzujący ich specjalizację, fot. indi
Co roku ubieramy choinkę i co roku jest jakiś temat ozdób choinkowych. Za pierwszym razem ozdoby były różne, ale później już zawsze tematyczne. Wpierw były to łańcuchy, zeszłego roku anioły, w tym roku są to dzwonki – wyjaśnia dyrektor szkoły Lilianna Zemła. - Każda klasa przygotowuje swój dzwonek stosownie do zawodu, aby wskazywał, czy jest to ekonomiczny czy gastronomiczny dzwonek. Oprócz klas robią to też wszyscy pracownicy szkoły. Swój dzwonek ma i księgowość, i dyrekcja, i sprzątaczki i rada rodziców –uzupełnia Lilianna Zemła ciesząc się, że wspólne wieszanie dzwonków i uroczyste zapalanie światełek na choince jest wspaniałą okazją do integracji całej szkoły.

Korzystając z okazji, iż w holu zgromadzona była spora ilość uczniów i pracowników szkoły uroczyście wręczono honorową odznakę szkoły Elżbiecie Żelińskiej, wice dyrektor szkoły.
(indi)

niedziela, 7 grudnia 2014

Postaci jako symbole

Jan Śliwka, ks. Józef Londzin, Jan Sztwiertnia, hrabina Gabriela von Thun und Hohenenstein, Gustaw Morcinek, Ludwik Brożek, Karol Miarka. Co wspólnego mają ze sobą owe postaci?
Postaci jako symbolePo wykładzie prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik (z lewej) otrzymał adekwatne do tematyki wykładu publikacje PZKO o znanych postaciach z Zaolzia, fot
Wszyscy związani są ze Śląskiem Cieszyńskim, a prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik z Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej mającej swój oddział zamiejscowy także w Cieszynie podczas ostatniego wykładu Międzygeneracyjnego Uniwersytetu Regionalnego działającego przy Polskim Związku Kulturalno Oświatowym w Republice Czeskiej omówił je zastanawiając się, czy postaci mogą być symbolami, ikonami, jak współcześnie mówimy, danego regionu.
Wykład wygłoszony 3 grudnia w odnowionej dzięki współpracy PZKO z WSB sali PZKO przy ul. Bożka w Czeskim Cieszynie jak zwykle przyciągnął słuchaczy z obu stron Olzy. Nie zabrakło na sali przedstawicieli Macierzy Ziemi Cieszyńskiej czy Cieszyńskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, którzy regularnie przychodzą na proponowane przez MUR zajęcia. Prelegent rozpoczął wykład od przybliżenia samego pojęcia symbolu, przytoczenia jego definicji i przedstawienia badań ogólnopolskich na temat symboli oraz znanych osób stających się w pewnym sensie symbolami swojego kraju, regionu. - Symbol to pewien znak umowny pełniący funkcję zastępczą - tłumaczył wykładowca wyjaśniając, że symbol zastępuje jedno pojęcie innym, krótszym, bardziej wyrazistym, lepiej oddającym jego naturę, albo mniej abstrakcyjnym. Wyjaśniał, że symbolami miast są patron, herb, sztandar, hejnał, charakterystyczne dla miasta budowle architektoniczne. Zauważył, że symbole te identyfikują miasto i są rozpoznawalne zarówno dla jego mieszkańców, jak i gości. - Nie ograniczajmy się jednak w tworzeniu symboliki miasta tylko do form rzeczowych, bo symbolami, wokół których buduje się tożsamość miejsca, są ludzie, osoby, nazwiska które kojarzą się nierozerwalnie z tym, a nie innym punktem na ziemi - proponował prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik.

Przytaczając badania nad tym, kto zalicza się do najbardziej znanych Polaków zauważył, że na 22 pozycje najczęściej wymienianych przez ankietowanych najbardziej znanych Polaków znaleźć można dwóch z naszego regionu – mianowicie Adama Małysza na 9 miejscu i Jerzego Buzka na 21 miejscu. Region, jak widać, traktuje tu całościowo, patrząc na obie jego rozdzielone Olzą części. Wykładowca rozważał, czy symbolami mogą być postaci. Wyjaśnił, że prowadził badania w terenie, podczas których pytał młodych ludzi, czy znają postacie związane z tym terenem sprzed 100, 200 lat. Miłym zaskoczeniem dla niego był fakt, że znali. Prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik stwierdził, że gdy robił badania dotyczące znanych postaci na Śląsku Cieszyńskim ogromnie się cieszył, gdy odkrywał, że znajomość postaci z historii nie została zapomniana na naszym terenie i młodzież zna i Małysza i profesora Hadynę, Londzina, Śliwkę i innych.

Na koniec naukowiec omówił także postaci – symbole wspólne dla Śląska Cieszyńskiego i Chorzowa, jak święty Florian, a także pochylił się nad specyfiką regionu pogranicza. – Ludzi z pogranicza cechuje duża tolerancja kulturowa, są odpowiedzialni i potrafią ze sobą współpracować dla dobra ogólnego – stwierdził prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik, z czym w późniejszej dyskusji, już po wykładzie, nie do końca zgodził się jeden ze słuchaczy.
(indi)

Klub Młodzieżowy w ZSEG

Uczniowie Zespołu Szkół Ekonomiczno Gastronomicznych im. Macierzy Ziemi Cieszyńskiej zyskali miejsce, w którym mogą się spotykać, spędzać wolny czas pomiędzy lekcjami czy po nich. W piwnicy powstał bowiem Klub Młodzieżowy.
Klub Młodzieżowy w ZSEGKlub Młodzieżowy w dawnej piwnicy otwarto w ZSEG w piątek 5 grudnia, fot. indi
Jeszcze trzy lata temu było tutaj autentyczne klepisko i leżały ziemniaki – zauważyła dyrektor szkoły Lilianna Zemła. - Pomysł po Londzinie hulał bardzo długo. Wiem o tym bardzo dobrze, bo sama jestem absolwentką tej szkoły, a od kilkunastu lat tutaj uczę. Nie była to więc jakaś nowa idea. Ale przekucie tego pomysłu w już jakiś konkretny plan działania zajęło nam trochę czasu – mówiła podczas uroczystego otwarcia Klubu, którego dokonano 5 grudnia, Aleksandra Pilorz, która wspólnie z Agnieszką Jagiełło jest opiekunką klubu.
Sam projekt realizowany był od grudnia 2011 roku w ramach Stowarzyszenie EKOGA. Zaangażowała się weń także rada Rodziców i sami uczniowie. Remont już na wstępie oszacowany był na 25 tysięcy. Pojawiła się także idea koncertów Londzina, którego w tym roku była już czwarta edycja. – Dziękuje wszystkim uczniom w to zaangażowanym. Jest to ogromne przedsięwzięcie logistyczne, organizacyjne. Dzięki wszystkim tym środkom: i z Rady Rodziców, i stowarzyszenia EKOGA, czyli dzięki wam, bo to wy przekazujecie jeden procent podatku, i dzięki koncertom udało nam się zebrać pieniądze na remont i częściowo już na wyposażenie klubu. Oczywiście potrzeb mamy jeszcze bardzo dużo, więc ja nadal proszę o ten jeden procent – mówiła do zebranych na uroczystym otwarciu klubu Aleksandra Pilorz. - To nie ma być tylko kawiarnia do wypicia kawy, herbaty, tylko ma to być kuźnia talentów, pasji, miejsce do waszego osobistego rozwoju – dodała zwracając się do uczniów.

Cieszymy się bardzo, że wnaszej szkole powstało takie miejsce, w którym młodzież może się integrować -mówił Marcin Pilch, wice przewodniczący samorządu szkolnego dziękując wszystkim zaangażowanym w tworzenie tak wspaniałego miejsca i inicjatorkom pomysłu.

Co zatem będzie dzieło się w klubie? Jest w szkole Klub Filmowy, który właśnie w nowo otwartym klubie będzie się spotykał, jest kółko teatralne, uzdolniona muzycznie młodzież będzie mogła ćwiczyć tu grę na instrumentach i robić próby. Zresztą mini koncert uświetnił już samo piątkowe otwarcie klubu.
(indi)

Zaolzie wciąż żywe, czyli spotkanie z autorem książki Hospicjum Zaolzie

- Ostatni raz taki tłum przyszedł do Książnicy, gdy organizowaliśmy spotkanie z Ewą Farną - zauważył witając gości zorganizowanego 5 grudnia spotkania z Jarosławem jot-Drużyckim dyrektor Książnicy Cieszyńskiej Krzysztof Szelong. Sala na 90 osób była pełna, a spóźnialscy musieli zająć miejsca na korytarzu. Dowodzi to jasno, że temat Zaolzia interesuje mieszkańców regionu. Wśród słuchaczy dostrzec można było zarówno mieszkańców prawego, jak i lewego brzegu granicznej rzeki.
Zaolzie wciąż żywe, czyli spotkanie z autorem książki Hospicjum ZaolzieSpotkanie z Jarosławem jot-Drużyckim (pośrodku) prowadził Michael Morys-Twarowski, a fragmenty książki czytał Karol Suszka (z lewej), fot. indi
Na sali nie zabrakło wielu znamienitych postaci interesujących się Zaolziem, jak choćby poseł Aleksandra Trybuś. Przyszło też wielu mieszkańców obu części regionu po prostu zainteresowanych tematyką Zaolzia, zwłaszcza jego współczesnego obrazu i przyszłości.
- O ile gośćmi wcześniejszych spotkań o Zaolziu byli Zaolziacy, rozmawialiśmy o Zaolziu z Zaolziakami, to dzisiaj porozmawiamy o Zaolziu z człowiekiem, który nie tylko nie pochodzi z Zaolzia, ale także nie jest tu, stela – przedstawił warszawiaka Jarosława jot-Drużyckiego, autora zbioru reportaży o pt. „Hospicjum Zaolzie” dyrektor Książnicy Cieszyńskiej, w której to zresztą instytucji autor rozpoczął swą przygodę ze Śląskiem Cieszyńskim, a więc także z Zaolziem. – Autor niepozornej książeczki, za to stanowiącej, w mojej ocenie, jedną z najtrafniejszych diagnoz stanu polskości na Zaolziu – dodał Krzysztof Szelong.

Dyskusję poprowadził Michael Morys-Twarowski, natomiast obszerne fragmenty wydanej w wędryńskim wydawnictwie Beskidy książki przeczytał dyrektor Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie, aktor Karol Suszka. - Ostatnio ktoś rzucił pół żartem, pół serio, że Jot osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia, ponieważ potrafi przedstawić Zaolziaka Zaolziakowi, którzy się nie znali – krótko acz treściwie scharakteryzował autora „Hospicjum” Michael Morys-Twarowski. W tym tkwi właśnie cały urok i zarazem wartość poznawcza książki, że autor miast na akademickich badaniach skupia się przede wszystkim na ludziach. To poprzez ludzi, spotkania, rozmowy z nimi poznaje region, który opisuje. Rozmowy takie zwyczajne, ludzkie, przy kuflu piwa miast przy kwestionariuszu ankiety, dzięki czemu to, czego się dowiaduje jest szczere, prawdziwe i pozwala stworzyć prawdziwy, żywy obraz opisywanego regionu. - Jeżeli ktoś chce poznać jakiś region myślę, że powinien rozpocząć od poznawania ludzi. Bo człowiek jest najważniejszy – odpowiedział Jot zapytany, od czego zaczął wgryzać się w specyfikę Śląska Cieszyńskiego i Zaolzia.
Michael Morys-Twarowski zauważył, że po lekturze książki można dojść do wniosku, że nie ma jednego Zaolzia, a Jot przeprowadza czytelnika przez trzy Zaolzia: czeskocieszyńskie, najbardziej znane mieszkańcom wschodniej części regionu, ale też to trochę zamknięte jak ostatnia wioska Gallów w Asteriksie i Obeliksie – okolice Jabłonkowa, góralskie Zaolzie tętniące jeszcze polskością, oraz Zaolzie smutne w opisie – Karwina, doły, tereny zniszczone przez bardzo ekstensywną gospodarkę.
Z sali padały różne pytania, uwagi, rozwinęła się dyskusja. Słuchaczy interesował sam wybór tytułu. – Dlaczego hospicjum? – zapytywano.
Samo słowo hospicjum zmusza do zastanowienia się. Mieszkańcy Zaolzia zastanowią się, zapytają sami siebie „czy faktycznie my jesteśmy w umieralni?” – stwierdził autor. Zapytany o to, jak przewiduje przyszłość Zaolzia założył, że możliwości jest kilka. Może nastąpić czechizacja, może powstać grupa regionalna ludzi, którzy będą czuli swoją odrębność wobec i Walaska, i Wołoszczyzny, Północnych Moraw i polskiej części Śląska Cieszyńskiego. I właśnie ta ostatnia opcja wydaje się mu najbardziej prawdopodobna.

Małgorzata Rakowska, prezes Miejscowego Koła PZKO Czeski Cieszyn Centrum przyznała, że podczas lektury książki się popłakała, ponieważ otworzyła jej oczy. – Człowiek czuł, że jest źle. Kiedy zakładałam Towarzystwo Nauczycieli Polskich w 1991 roku było trzy tysiące dzieci w polskich szkołach, a za 10 lat już było tylko 1600. I tak jest do dnia dzisiejszego. Czyli myśmy to wiedzieli, zdajemy sobie z tego sprawę, ale całe życie człowiek poświęcił walce o polskość, zwłaszcza my, nauczyciele. A teraz ty powiedziałeś nam, że rzeczywiście to jest prawdą i przyjechałeś po to, żeby zobaczyć, jak umieramy. I to mnie najbardziej zasmuciło i zdałam sobie sprawę z tego, że rzeczywiście tak jest. I będzie coraz gorzej, niestety. Po swoich doświadczeniach stwierdzam, że rzeczywiście do czechizacji dojdzie - mówiła Małgorzata Rakowska.
A może właśnie nie dojdzie? Może Zaolziacy, miedzy innymi dzięki takiemu brutalnemu otwarciu im oczu, jak ta książka, wezmą się w garść i powiedzą: „a my im wszystkim udowodnimy, że przetrwamy!!!”? Zresztą zdaniu Małgorzaty Rakowskiej sprzeciwiła się inna słuchaczka stwierdzając, że jej doświadczenia nie są wcale takie złe. –Też jestem nauczycielką i długoletnim pracownikiem szkolnictwa. I już wtedy, jak studiowałam, inspektor powiedział mi „po co ty studiujesz dla polskiej szkoły, jak ty nie będziesz mogła dotrwać do emerytury w polskiej szkole, bo nie będzie już polskich szkół”. A ja w polskim szkolnictwie dotrwałam do emerytury. Śledzę to na bieżąco i widzę, że są różne lata. Są lata, że ubywa uczniów, ale na przykład w ostatnich dwóch latach klasy pierwsze mają więcej uczniów, niż miały przed dziesięciu laty – optymistycznie twierdziła emerytowana nauczycielka. I tu powstał temat języka używanego na co dzień. Jot zauważył bowiem, że to, w jakim języku prowadzone są zajęcia w szkole niekoniecznie przekłada się na to, w jakim języku jej uczniowie rozmawiają po lekcjach, co nieraz obserwował choćby w pociągu jadącym z Czeskiego Cieszyna w stronę Karwiny. Zastanawiał się, czy sytuacja z polskimi szkołami nie zmierza przypadkiem do sytuacji znanej z choćby anglojęzycznych szkół dla dzieci dyplomatów, w których językiem wykładowym jest angielski, ale po wyjściu z lekcji, w domu, nikt z uczniów się nim nie posługuje. I oby nie było tak z językiem polskim wśród uczniów polskich szkół na Zaolziu… Również siedzący na sali Karol Madzia z Oldrzychowic nie zgodził się z pesymistyczną wizją przyszłości Zaolzia i zaproponował autorowi napisanie kolejnej części, w której zamiast „przyszedłem popatrzyć jak umieracie” będzie „przyszedłem popatrzyć, jak się budzicie”.
W kwestii języka na Zaolziu Irena Adamczyk urodzona, wychowana i nadal mieszkająca w Cieszynie Zachodnim, a pracująca we wschodnim stwierdziła, że u niej w domu zawsze mówiło się po polsku i uważa, że to, czy język polski na Zaolziu będzie żywy, to zależy od nas samych. – Jeżeli my w domu będziemy mówili z dziećmi po polsku, albo polską gwarą, to i nasze dzieci będą mówiły po polsku. Nigdy nie byłam dyskryminowana, ani moi rodzice za to, że posyłali mnie do polskiej szkoły, tak samo mój syn chodził do polskiej szkoły. Syn pracuje po czeskiej stronie i wcale nie ma problemów z językiem polskim – stwierdziła Irena Adamczyk.

Józef Swakoń, prezes koła nr 6 MZC zwrócił uwagę na fakt, że względem 190 tyś Polaków, którzy byli na Zaolziu w 1910 roku dzisiaj, po 90-ciu latach przyznaje się do polskości 30 tysięcy. Przyznał, że choć wiedział od swego taty, że ich rodzina pochodzi ze Stonawy, nic o Zaolziu przez wiele lat nie wiedział. A gdy otwarły się granice i zaczął na Zaolziu bywać, wszedł tam z firmą, zaczął poznawać ludzi, to może stwierdzić, że nie liczy się ilość, a jakość. I tak w dyskusji zwrócono uwagę na to, że jakość polskości na Zaolziu rysuje się w bardzo dobrym świetle.
Jeżeli mówimy o tożsamości, to po naszej stronie jest o wiele gorzej. Ile w szkołach po naszej stronie jest zespołów folklorystycznych, a ile na Zaolziu? Ile pieśniczek znają dzieci po naszej stronie, a ile na Zaolziu? My w tej konfrontacji po naszej stronie przegrywamy – twardo stwierdził Józef Swakoń. – My tu mamy Polskę za darmo, tam trzeba o polskość się starać – dodał. Zgodził się z nim autor „Hospicjum” przyznając, że, co tyczy się nie tylko Polaków na Zaolziu, ale także wszelkich mniejszości, nie tylko narodowych, że łatwiej jest się dookreślić mając jakieś przeciwności. – Jeżeli mieszkamy w Polsce, gdzie używany jest język polski, gdzie wszystko jest po polsku, to my się w ogóle nie zastanawiamy, co to znaczy być Polakiem. Natomiast jeśli ktoś musi o tą polskość walczyć, to wtedy codziennie zadaje sobie to pytanie kim ja jestem. To jest tak, jak chrześcijanie w państwach arabskich. Tak samo jest z Polakami na Wileńszczyźnie. To jest z jednej strony trudniej, ale z drugiej strony łatwiej – stwierdził Jot.

Żywa dyskusja na temat kondycji polskości na Zaolziu zarówno na sali, jak i już później, przy lampce wina w holu Książnicy dowodzi, że temat jest żywy i budzi zainteresowanie po obu stronach granicznej Olzy, a dzięki systematycznym działaniom dyrektora Książnicy Cieszyńskiej temat Zaolzia staje się coraz bardziej znany rodakom z naszej strony granicy.
(indi)
------------
zdjęcia w Zwrocie:
--------------------
Trzyniecki Hutnik z 10 prosinca 2014,s.6

Cieszyniok bez kalendorza?

- Cieszyniok bez kalendorza je jak farorz bez brewiorza - stwierdził Mariusz Makowski podczas zeszłorocznego spotkania z redaktorami i autorami regionalnych kalendarzy wychodzących na Śląsku Cieszyńskim. Dlatego warto i w tym roku nie być jako ten ksiądz bez brewiarza i w choć jeden spośród kalendarzy regionalnych wychodzących na Śląsku Cieszyńskim się zaopatrzyć. A okazja ku temu będzie 12 grudnia o 17.00 w Książnicy Cieszyśńkiej.
Cieszyniok bez kalendorza?Redaktor Kalendarza Beskidzkiego Jan Picheta (z lewej) podczas promocji kalendarza w bielskim Zamku, fot. indi
Ponadto z samym Kalendarzem Beskidzkim, który swym zasięgiem obejmuje teren od Soły po Ostrawicę, a więc jest ciekawy również dla każdego mieszkańca Śląska Cieszyńskiego, spotkać się będzie oraz 14 grudnia (niedziela) na Zamku w Cieszynie o godz. 16.00. Natomiast 9 grudnia (wtorek) w Książnicy Beskidzkiej 17.00 spotkać będzie się można z bohaterem KB Janem Brodką.

A co znajdziemy w Kalendarzu Beskidzkim na rok 2015? - Są historie rodu Karola Kulisza z Dzięgielowa, który – zanim zginął w bunkrze głodowym w Buchenwaldzie – zapisał się chwalebnie w annałach Śląska Cieszyńskiego. Dokonania rodziny Kuliszów wspomina Władysława Magiera. Jest moja rozmowa ze 103-letnią bielszczanką Marią Wegert o historii Polski, a szczególnie Zaolzia odebranego siłą raczkującej Niepodległej przez armię czechosłowacką w 1919 r. Tekst jest hołdem złożonym tysiącom Polaków na Zaolziu, którzy do dziś zachowują polskość, mimo iż w ciągu ponad siedmiu wieków cieszyli się tam własnym polskim państwem zaledwie przez rok! Frapujące są opowieści Józefa Doellingera o pradziadku Adolfie Folwarcznym, Jana Brannego o wuju Fryderyku Kofinie i przyjacielu Januszu Gaudynie oraz Marty Różańskiej o pradziadku Oskarze Cieślarze. Rozdział „Nie sczezną artyści” jest poświęcony twórcom, którzy odcisnęli własne piętno nie tylko na sztuce beskidzkiej, takim jak malarz Karol Niedoba, fotografik Stefania Gurdowa, reżyser Andrzej Uramowicz, aktor, reżyser, poeta, krytyk literacki Bogusław Kierc, muzyk, muzykolog, folklorysta Jan Brodka, aktor, scenarzysta, reżyser Jacek Borusiński, muzyk i wokalista Heym Langbroek, filmowiec Barbara Radwańska, artysta i działacz społeczny Krzysztof Nowaczek. Autorzy Kalendarza Beskidzkiego AD 2015 przywołują dobrą pamięć o Ignacym Sanaku, Józefie Drożdżu, Wandzie Cejnar, Józefie Świdrze, Helenie Danel-Bobrzyk, Józefie Świerku, Janie Gorczycy, Wincentym Kuflu, Joannie Kwiatkowskiej, Igorze Mitoraju, Małgorzacie Tyrnie, Zbigniewie Pietrzykowskim, Bronisławie Miodońskim, którzy odeszli w ostatnich miesiącach i latach. Są teksty poświęcone fascynującym postaciom życia społecznego, m.inn. strażnikowi przyrody Tadeuszowi Mikulskiemu, rzemieślnikowi Andrzejowi Malcowi, miłośnikowi gór Stanisławowi Biłce, a nawet zwolennikowi nauk ezoterycznych Andrzejowi Kajfoszowi. Wiele tekstów poświęcono organizacjom i instytucjom, stowarzyszeniom czy ugrupowaniom kulturalnym i sportowym, takim jak bielska polonistyka, grupa poetycka „Apostrofa”, Radio Bielsko, magazyn redakcjaBB, OSP w Bestwinie, Ośrodek Harcerski w Górkach Wielkich, Rekord Bielsko-Biała, GKS Radziechowy-Wieprz, DKS Komorowice i TS Podbeskidzie. Łamy Kalendarza Beskidzkiego wypełniają artykuły bardzo różnych osób – doświadczonych dziennikarzy, pisarzy, najzdolniejszych studentów i uczniów szkół średnich, a także naukowców – profesorów (Magdalena Dziadek, Mirosława Pindór, Marek Bernacki) i doktorów (Bożena i Bogusław Chorążowie, Ireneusz Jeziorski, Józef Szymeczek). Kalendarz Beskidzki AD 2015 okraszono uroczymi fotografiami Stanisława Skwierawskiego i Piotra Wisły (autora pięknej szaty graficznej) – mówi o Kalendarzu Redaktor naczelny Kalendarza Jan Picheta

Staramy się kontynuować linię programową pisma, którą wyznaczył pierwszy redaktor naczelny Władysław Czaja. Umieszczał on teksty o wartościowych postaciach kultury i życia społecznego oraz wydarzeniach przełomowych dla mieszkańców beskidzkiej ziemi - wyjaśnia Jan Picheta dodając, że Kalendarz Beskidzki AD 2015 jest kolejnym rocznikiem, który zawiera mnóstwo opowieści o niezwykłych ludziach, związanych z ziemią nad Sołą, Białą, Wisłą, Olzą i Ostrawicą.
W r. 2015 minie 55 lat od wydania pierwszego numeru Kalendarza Beskidzkiego, którego wydawcą do 2004 r. było Towarzystwo Miłośników Ziemi Bielsko-Bialskiej. Od 2011 r. wydaje go Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia na czele z Grażyną Staniszewską. W roku 2016 natomiast będziemy obchodzić wydanie 50 numeru naszego rocznika! Obecne wydanie jest dopiero 49, gdyż rocznik ukazywał się od 1960 r. z przerwą w latach 2004-2010.
(indi)

sobota, 6 grudnia 2014

Osoby–latarnie symbolami regionu


CZESKI CIESZYN / Osoba-postać jako symbol w percepcji społeczności wielokulturowej na przykładzie znanych postaci Śląska Cieszyńskiego i Królewskiej Huty – Chorzowa, to temat kolejnego wykładu, jaki wysłuchać można było podczas spotkania MUR-u. 3 grudnia w odnowionej sali PZKO na Bożka ze słuchaczami MUR-u spotkał się prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik z Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej.
We wstępie swych rozważań zastanawiał się, czy miasto można charakteryzować za pomocą symboli. Przedstawił definicję symbolu, jako umownego znaku zastępującego pewną treść. Omówił najpopularniejsze symbole od najstarszego – ryby jako symbolu chrześcijan po współczesną Polskę Walczącą. Zauważył, że symbole te pozwalały pewnym grupom społecznym przetrwać trudny okres, kiedy były prześladowane.
Na podstawie różnych badań, również tych, które osobiście prowadzi stwierdził, że dzisiejsze młode pokolenia za symbole miast przyjmują charakterystyczne budynki, które stanowią także punkty orientacyjne. – Młodzi ludzie mówią, że to ikony – zauważył wykładowca.
Kolejnym punktem jego rozważań było pytanie, czy symbolami mogą być postaci. prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik prowadził badania w terenie, podczas których pytał młodych ludzi, czy znają postacie związane z tym terenem sprzed 100, 200 lat. Miłym zaskoczeniem dla niego był fakt, że znali.
Prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik sprawił, że słuchacze MUR-u mogli poczuć się jak prawdziwi studenci na uczelni. Przepytał bowiem wyrywkowo kilka osób prosząc ich o podanie postaci, która jest dla nich autorytetem. Padały różne odpowiedzi, a wynik mini ankiety naukowiec zestawił z badaniami prowadzonymi na szerszą skalę na Śląsku Cieszyńskim oraz na terenie całej Polski i omówił. Padały różne odpowiedzi, począwszy od Papieża, co okazało się spójne z wynikami badań ogólnopolskich, poprzez rodziców, na własnym mężu skończywszy.
Od przepytania słuchaczy i zestawienia ich odpowiedzi z wynikami badań prowadzonych na ten temat w Polsce wykładowca przeszedł do rozważań, czy osoby, które są latarniami, wyznacznikami dla regionu mogą być jego symbolami. Zauważył, że wśród podawanych przez badanych autorytetów są też ludzie młodzi, a przekazując wyniki badań ogólnopolskich podkreślił, że na 22 pozycje najczęściej wymienianych przez ankietowanych najbardziej znanych Polaków znaleźć można dwóch z naszego regionu – mianowicie Adama Małysza na 9 miejscu i Jerzego Buzka na 21 miejscu. Region, jak widać, traktuje tu całościowo, patrząc na obie jego rozdzielone Olzą części.
Prelegent poruszył także temat specyfiki pogranicza.
– Ludzi z pogranicza cechuje duża tolerancja kulturowa, są odpowiedzialni i potrafią ze sobą współpracować dla dobra ogólnego – stwierdził prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik, z czym w późniejszej dyskusji, już po wykładzie, nie do końca zgodził się jeden ze słuchaczy.
Wracając do postaci jako symboli prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik omówił po krótce kilka wybranych osób z historii Śląska Cieszyńskiego takich, jak Jan Śliwka, ks. Józef Londzin, Jan Sztwiertnia, hrabina Gabriela von Thun und Hohenenstein, Gustaw Morcinek, Ludwik Brożek, Karol Miarka.
Wykładowca omówił także postaci – symbole wspólne dla Śląska Cieszyńskiego i Chorzowa, jak święty Florian.
W podsumowaniu prof. nadzw. dr hab. Marek Walancik stwierdził, że gdy robił badania dotyczące znanych postaci na Śląsku Cieszyńskim ogromnie się cieszył, gdy odkrywał, że znajomość postaci z historii nie została zapomniana na naszym terenie i młodzież zna i Małysza i profesora Hadynę, Londzina, Śliwke i innych.
(indi)