piątek, 3 czerwca 2022

Wycieczka Jubileuszowa PTTS

Odc. 1: 

https://zwrot.cz/2022/06/ptts-swietowal-jubileusz-na-wycieczce-dzien-pierwszy-sandomierz/

POLSKA / Jakżeby inaczej turyści mogli świętować jubileusz, jak nie wycieczką? W roku jubileuszowym najróżniejszych wycieczek: bliższych i dalszych, tematycznych i ogólnych, pieszych i autokarowych Polskie Towarzystwo Turystyczno Sportowe „Beskid Śląski” organizuje wiele. Ta jednak jest wyjątkowa.

Cztery dni intensywnego zwiedzania wschodniej Polski, której tereny dla wielu uczestników wyprawy są mało lub wręcz całkiem nieznane. Do tego doskonale skomponowany program i fachowa opieka pilota wycieczek, któremu nieobce są zaolziańskie realia.


Na początek: Sandomierz

Hipotez na temat pochodzenia nazwy miasta jest – jak zauważył pilot wycieczek Tomasz Kędzior – kilka. Jedno jest jednak pewne – to niewielkie miasto z wielką historią i ogromem ciekawostek z pewnością warte jest odwiedzenia i zwiedzenia.

– Starówka jest malutka, a samo miasto pod względem liczebności mieszkańców nie jest większe od Czeskiego Cieszyna. Jest tu jednak tyle ciekawych zabytków i miejsc nieoczywistych, jak choćby winnica, że nie starczyłoby całego dnia, na zwiedzanie Sandomierza. A że czasu mamy o wiele mniej, to wybraliśmy z biurem podróży A-Z Tour kilka takich „smaczków” – zapowiedział Kędzior.

Pół kilometra podziemnego spaceru

Pierwszym spośród tychże „smaczków” było zwiedzanie sandomierskich podziemi. Jak wyjaśniła przewodniczka, niespełna półkilometrowa podziemna trasa to niewielki fragment podziemi, jakie niegdyś znajdowały się pod miastem.

Podziemia pod Sandomierzem powstały w okresie, kiedy w mieście kwitł handel, a kupcom brakowało miejsca na magazynowanie swych towarów. Było to w okresie średniowiecza, w XIII – XVI wieku. Kupcy zaczęli wówczas drążyć pod swymi domami piwnice. A że miasto posadowione jest na miękkiej, lessowej skale, było to proste.

Zapadające się podziemia

Później na dobre kilka wieków o podziemiach zapomniano. Przypomniały o sobie w latach 60. XX wieku w sposób dotkliwy dla mieszkańców i zagrażający przetrwaniu zabytkowej zabudowy miasta. Problemy zaczęły się od awarii wodociągu. Ten, uległszy uszkodzeniu, spowodował podmycie lessowego podłoża i dosłowne zapadanie się kamienic.

Przewodniczka oprowadzająca po podziemiach opowiadała o nauczycielu, który jak co dnia stanął pod kioskiem ruchu i poprosił o gazetę. Nie zdążył jednak jej odebrać, gdyż nagle ziemia się zapadła, kiosk zawalił się, a nauczyciel wpadł dobre kilka metrów pod ziemię. – I to wcale nie był jakiś odosobniony przypadek. Zaczęło co chwila coś się zapadać, coś lub ktoś wpadać pod ziemię – opowiadała przewodniczka.

Pomogli górnicy z Bytomia

Z pomocą miastu przyszli górnicy z Bytomia, którzy w latach 60. XX wieku zasypali wiele kilometrów korytarzy, by uratować miasto przed dosłownym zapadnięciem się pod ziemię. W trakcie tych prac powstał jednak pomysł, by część dawnych piwnic zachować, wzmocnić i udostępnić turystom. Tak też się stało.

Podziemną trasę otwarto w 1977 roku. Teraz można nie tylko podziwiać uratowane sandomierskie kamieniczki, ale także zwiedzać miasto przechodząc podziemną rasą pod nimi.

Kościół – najstarszy zabytek w mieście

Kościół św. Jakuba Apostoła w Sandomierzu jest najstarszym zabytkiem w mieście. – Jest to jeden z najstarszych w Polsce romańskich kościołów, który jest z cegły – podkreślił dominikanin, Ojciec Maciej, który oprowadzał grupę turystów z Zaolzia.

Kościół zachował się w miejscu, w którym dawniej ulokowany był Sandomierz. Po najeździe i zniszczeniu miasta przez Tatarów w XIII wieku miasto przeniosło się nieco dalej.

Tu warto dodać, że będąca obecnie atrakcją turystyczną wąska brama zwana „uchem igielnym” była furtą w murach miejskich łączącą dwa klasztory Dominikanów. Gdy miasto przeniosło się, klasztor pozostał bowiem poza jego murami, więc wybudowano drugi, w obrębie murów.

Kościół obecnie ponownie należy do zakonu Dominikanów. Bracia w żartach mówią, że odzyskanie świątyni zawdzięczają Papieżowi Janowi Pawłowi II. – Na przyjazd papieża diecezja tak się zadłużyła, że była zmuszona sprzedać nam kościół – mówił Ojciec Maciej. Dominikanin podkreślał, że kościół ten miał dla zakonu szczególną wartość ze względu na tradycję i historię.

Świątynia bowiem została przejęta przez diecezję, kiedy istniejący w Sandomierzu od 1226 roku zakon dominikanów został skasowany w odwecie za pomoc Powstańcom Styczniowym.

Winnicę prowadzą zakonnicy

Kolejnym „smaczkiem”, jaki Tomasz Kędzior wydobył dla turystów z ogromu sandomierskich atrakcji, była winnica. Prowadzą ją zakonnicy z zakonu dominikanów. Po winnicy „Beskidzioków” oprowadził jeden z pracujących w niej zakonników.

Jak wyjaśnił Ojciec Maciej, małą winnicę dominikanie założyli od razu po klasztorze, na początku XIII wieku, żeby mieć wino do mszy. – Ale z czasem się okazało, że to miejsce ma tak dobry klimat, że winnica bardzo szybko się rozrasta. I już 12 lat później, w 1238 roku dostali dekret książęcy pozwalający na sprzedaż wina w całej Europie – opowiadał zakonnik.

I dodał, że w jednym z klasztorów w północnych Włoszech są informacje o ściąganiu wina z winnicy św. Jakuba w Kazimierzu…

Oprócz historii dominikanin omówił także kwestie związane z pracą w winnicy w praktyce. Uczestnicy wycieczki dowiedzieli się na przykład, że ze względu na klimat produkowane są tutaj tylko wina białe oraz różowe. Poznali też różne metody wyrobu win różowych. I wielu innych ciekawostek.

Lessowy wąwóz świętej Jadwigi

Jak zauważył Kędzior, który sam jest miłośnikiem turystyki górskiej, nie mógł nie ująć w programie choćby krótkich, ale jednak wycieczek przyrodniczych.

Do takich właśnie wyjątkowych ciekawostek geologiczno-przyrodniczych należy wąwóz świętej Jadwigi. Zaledwie 400 metrów szlaku prowadzi niesamowicie urokliwym wąwozem. Pod nogami i na jego skarpach nieznany w naszym regionie less, a ze ścian wąwozu malowniczo zwisają korzenie drzew. To po prostu trzeba zobaczyć!

Miejsca telewidzom znane z planu „Ojca Mateusza”

Ci, którzy oglądają telewizję, bacznie rozglądali się natomiast po uliczkach sandomierskiej starówki w poszukiwaniu miejsc znanych im z serialu „Ojciec Mateusz”. Za miejsce jego kręcenia obrano bowiem właśnie Sandomierz.

Pierwszy dzień zakończyła kolacja w urokliwym hotelu o folklorystycznym charakterze

Na nocleg grupa została zakwaterowana w hotelu reklamowanym przez właścicieli jako „siedlisko folkloru”.

(indi)

-------------------

odc 2

https://zwrot.cz/2022/06/ptts-swietowal-jubileusz-na-wycieczce-dzien-drugi-cz-1-naleczow/

---------

odc 3

https://zwrot.cz/2022/06/ptts-swietowal-jubileusz-na-wycieczce-dzien-drugi-cz-2-kazimierz-dolny/


niedziela, 2 stycznia 2022

Bo to PTTK tak ludzi przyzwyczaił…



Dodam, że ów człowiek, który beztrosko stwierdził, że „za komuny nie było wcale tak źle” wcale nie był jakimś partyjnym aktywistą, a z minionego ustroju nie czerpał żadnych osobistych korzyści. Nie był w partii, nie był nawet w żadnych młodzieżowych organizacjach. Wiódł sobie spokojne życie na swym beskidzkim końcu świata, to znaczy we wsi będącą ślepą, zamkniętą górami doliną. Polityka go zupełnie nie interesowała, tak, jak i to, co działo się w wielkich miastach. A nawet najmniejszych pobliskich miastach. Z ustrojem ani nie walczył, ani go nie wspierał. Tam, na końcu podgórskiej doliny, w ogóle nie musiał się tymi sprawami zajmować.

Wiadomo jednak z historii, ile zła ten ustrój w naszym kraju poczynił. Jak zatem należy patrzeć na tych, których młodość przypadała na lata PRL-u, żyli sobie swoimi sprawami a teraz, po latach, i będąc wieku już niemłodym, mówią „e tam, nie było źle”?
No bo… faktycznie w niektórych sferach życia nie było tak źle. A może… Cóż Janku – wiem, wiem ile zła, ale… Jak tu dziwić się na przykład takim starym turystom…

Refleksja naszła mnie ostatnio właśnie na górskim szlaku. A raczej na postoju w czasie górskiej wędrówki. - Bo to PTTK tak ludzi przyzwyczaił… - stwierdził z rozgoryczeniem właściciel prywatnego schroniska pod popularnym szczytem. Koszulka z napisem „Bo w górach jest wszystko co kocham”. I opowiada, jak kocha wędrowanie, ale ma wielki problem, by znaleźć na to czas. No bo jak może iść w góry, jak musi tkwić na posterunku schroniskowego biznesu. Czasem kogoś na dzień zatrudni, by wziąć sobie dzień wolnego i samemu ruszyć na szlak. Ale nie zawsze utarg pokryje koszty zapłacenia dziewczynie do bufetowej… Właściciel snuje opowieść o trudach prowadzenia prywatnego schroniska. O śmieciach, za których wywóz płaci setki złotych. Bo turyści pozostawiają u niego śmieci z produktów wcale u niego nie zakupionych. W dodatku nie potrafią segregować. Gdy miał segregację, to i tak wrzucali wszystko jak popadnie. A on od grzebania w worach z brudami nabawił się problemów skórnych na rękach. Przestał więc segregować. Płaci za śmieci zmieszane, a to jest drogie. Kolejnym problemem jest woda. - Jedna spłuczka to 5 litrów. Jak była kiedyś na szczycie wielka impreza i do mojej toalety ustawiła się dłuuuuga kolejka, to brakło w studni wody. I już nie wróciła – żali się. Dlatego jak jest duży ruch, to podaje piwo w plastiku. Nie to, że nie chce się mu myć szklanek. Po prostu nie ma w czym, wodę trzeba oszczędzać, bo tutaj, na górze, nie ma jej skąd brać. - Te 2 złote opłaty za toaletę nawet dla klientów jest po to, by jak najmniej z niej korzystali. Ja to wolę, jak pani pójdzie się wysikać za krzaki… - mówi wprost.Reasumując – koszty prowadzenia lokalu są ogromne. Utarg różny. Nie zawsze pokrywający koszty. On, jako prywatny przedsiębiorca, nie może sobie pozwolić na to, by nie zarabiając płacić za czyjeś śmieci, zużytą przez kogoś wodę. A turyści potrafią przyjść, bezczelnie sobie na ławce przed jego lok alem usiąść, wyciągnąć swój prowiant nie zakupiony u niego, a śmieci wyrzucić do jego kosza. - Bo to PTTK tak ludzi przyzwyczaił… - mówi z rozgoryczeniem.

I teraz jak dziwić się takiemu staremu turyście, który lata całe spędził na wędrowaniu po polskich górach z własnym garnuszkiem, do którego w PTTK-owskich schroniskach, za darmo bądź za symboliczną opłatę, dostawał wrzątek, którym to wrzątkiem zalewał sobie przyniesioną z domu kawę czy herbatę, po czym zasiadał przy schroniskowym stoliku, wyciągał przyniesioną z domu kanapkę czy puszkę… Jak więc dziwić się mu, gdy powie, że „za komuny nie było wcale tak źle”, a wręcz, że było lepiej? Tak, to PTTK tak ludzi przyzwyczaił. PTTK ze swą szczytną ideą upowszechniania turystyki dla mas? Turystyki przystępnej dla każdego. W tamtych czasach by chodzić po górach wystarczyły w zasadzie tylko chęci. Buty, flanelowa koszula, plecak wypełniony puszkami, półlitrowy metalowy garnuszek i na szlak. Na nocleg w schronisku też każdego było stać. Za łóżko z pościelą owszem, płaciło się więcej. Ale dla tych bez pieniędzy opcja „gleba”, czyli podłoga zbiorowej sali we własnym śpiworze za symboliczną opłatą. Sama jakiś czas temu opowiadając córce o swych krótkich, półdniowych wypadach w pobliskie góry nagle zaczęłam się zastanawiać: „zaraz, zaraz… ale dlaczego ja na jednodniowych wycieczkach jadałam zupki chińskie zalewane wrzątkiem w schroniskach? Nie mogłam pojąć bezsensu takiego działania dopóki nie przypomniałam sobie, że na zakupienie obiadu w schronisku najzwyczajniej nie było mnie stać, podczas kilkugodzinnej wycieczki jednak chciałam coś zjeść, a zimą niesione w plecaku kanapki były niejadalne, bo zamarznięte…

A teraz? Ceny w kilku schroniskach jeszcze PTTK-owskich w naszych okolicznych Beskidach – Sląskim i Małym wahają się od do . Opcja podłogi . Chcąc usiąść w schronisku choćby odpocząć, zagrzać się trzeba coś kupić w bufecie. Kawa czy herbata to około 10zł. Najtańszym daniem jest zazwyczaj zupa. Ceny pomidorowej, żurku czy kwaśnicy to około kilkanaście złotych. Piwo – 10 – 15 zł. Bywają też tak zwane fast-foody. Zapiekanka to około 10 zł. W sumie w miastach też ceny w lokalach są takie. Tym bardziej nie powinny dziwić w górach, gdzie choćby transport wszystkiego jest droższy. Trudno jednak też dziwić się „starym turystom”, że z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy w góry szli z własnymi kanapkami, a w schronisku PTTK ogrzewali się własną herbatą zalaną darmowym wrzątkiem i pałaszowali w cieple schroniskowej jadalni owe własne kanapki…

W dzisiejszych czasach zwykła turystyka piesza z aktywności niemal bezkosztowej stała się dość drogim hobby. I jedynie Lasy Państwowe w tym roku postanowiły wyjść naprzeciw tym turystom nie masowym, ale niskobudżetowym bądź żądnym przygody blisko natury. Nadal można pójść w góry z własnym prowiantem i zanocować za darmo. Ale omijając wszelkie obiekty gastronomiczno-hotelowe znajdujące się przy szlakach. Kanapki zjeść trzeba na jakiejś polance, są też co jakiś czas przy szlakach zadaszone drewniane wiaty ze stołem i ławami, przy których można wygodnie usiąść i skonsumować, co przyniosło się w plecaku. Byle turyści byli odpowiedzialni i puste opakowania po tychże przyniesionych z dolin wiktuałach znieśli z powrotem w doliny! Darmowy nocleg w górach? Proszę bardzo – zabierasz śpiwór, hamak czy karimatę i śpisz tam, gdzie ci się spodoba. Ta sama zasada – byle nie pozostawić po swej w lesie bytności żadnego śladu! Projekt „zanocuj w lesie” Lasów Państwowych wzbudzał sporo obaw. Czy korzystający zeń turyści będą odpowiedzialni? Pilotażowo wprowadzono go w roku ubiegłym na części obszarów kilku nadleśnictw w Polsce, w tym w Nadleśnictwie Ustroń. Jego pracownik Wiktor Naturski po drugim już sezonie funkcjonowania projektu mówi, że nie widzi problemów związanych z zezwoleniem na noclegi na dziko w lasach. Przysłowiowe papierki po cukierkach i puszki po piwie przy szlakach porzucają raczej niedzielni spacerowicze wędrujący kilka kilometrów od samochodu, a nie – jak to się teraz określa – Bushcraftowcy zaszywający się w leśnej głuszy na kilkudniowych wyprawach. Ci raczej szanują przyrodę, której są tak blisko. I - nie oszukujmy się – ludzie tak wędrujący po górach byli zawsze. Tyle że teraz odpadł im z głowy jeden problem – takie zaszycie się w głuszy, by przypadkiem nie natknął się na nich leśnik.

A co z mniej „hardcorowymi” „starymi turystami”, emerytami po 70.-tce dla których góry zawsze były pasją? Którzy przedeptali setki kilometrów znakowanych przez PTTK szlaków? Nie można się im dziwić, gdy z żalem patrzą na któreś z dawnych PTTK-owskich schronisk górskich obecnie zamienionych na prywatny hotel górski, z rozrzewnieniem wspominają spędzone tam w młodości wieczory z gitarą, przy herbacie we własnym kubku i nocleg na podłodze, po czym człapią szlakiem dalej w poszukiwaniu ustawionego przez nadleśnictwo bądź gminę stołu z ławami, przy którym mogą usiąść, wyciągnąć z plecaka kanapki, termos z herbatą i powspominać „stare dobre czasy”.

(indi)

 https://wiadomosci.ox.pl/bo-to-pttk-tak-ludzi-przyzwyczail,73259

 


sobota, 2 października 2021

Cztery kursy dziennie, a autobus odjeżdża… przed czasem

 

    Sporadycznie korzystam z komunikacji autobusowej. Skoro więc już przyszło mi przemieścić się autobusem kursowym z jednej miejscowości naszego powiatu do drugiej (notabene stolicy tegoż powiatu), to podzielę się spostrzeżeniami z podróży i jej planowania.

    Bo każdą podróż trzeba zacząć od planowania. Nawet tą najbliższą, w obrębie jednego powiatu. Na trasie, która jest codzienną drogą do pracy i szkół jego mieszkańców. Ja potrzebowałam dostać się o poranku z Brennej Leśnicy do Cieszyna.

    A więc planowanie. Sms do córy: „Sprawdź mi proszę ranne autobusy z Brenna Leśnica 09” - piszę sprawdzając na mapie w tablecie z którego przystanku pasuje mi odjeżdżać.

„6:20 lub 7:25 Brenna Leśnica 2”
„Dzięki. A nie wiesz czy to jest ten powyżej szkoły?”
„Nie wiem ale jest szkoła potem Leśnica 1, Tłoczki, Leśnica 2”.

    Spoglądam na mapę. Nie muszę iść do przystanku aż na dół, pod szkołę - Tłoczki są nad szkołą. A ten, na który planuję pójść – jeszcze wyżej. Ten drugi kurs – idealnie. 8:30 będę w domu. Na 9:00 do pracy. Wygląda na to, że córa wiedząc, na którą chodzę do pracy, podała mi dwa pasujące mi autobusy.

    Rano wyruszam w drogę. Pół godziny do przystanku. Mam 5 min. zapasu. Pomna doświadczenia, jak to autobus na pętlę w Bukowcu przyjechał 7 min przed czasem, zawrócił i odjechał, a ja przyglądałam się tej scence dochodząc spokojnym krokiem – bo mam jeszcze czas do przystanku, zaczynam się zastanawiać, czy to tylko przypadłość Bukowca, czy może ogólnie autobusy jeżdżą jak im wyjdzie… jak się spóźniają to trudno – raczej trudno winić kierowcę, że na drodze był korek. Ale czy wszędzie jeśli przyjadą na przystanek przed czasem, to i przed czasem odjeżdżają? - zaczynam się zastanawiać i przyśpieszam kroku. I słusznie! Dochodzę do przystanku. Na ostatnich metrach szlaku widzę autobus jadący w górę. Czyli mam czas, gdzieś tam wyżej zawróci i dopiero zjedzie na przystanek, do którego właśnie doszłam. Okazuje się, że nazywa się on – jak głosi kartka z rozkładem jazdy naklejona na szybie przystankowej wiaty – Brenna Leśnica I. Ta sama kartka oznajmia, że autobus odjeżdża 7:28. Jest 7:20. Mam więc 8 min. czasu. Ubieram flanelową koszulę, by nie zmarznąć stojąc tak w bezruchu po szybkim marszu przez te 8 min. Rozsiadam się na przystanku. A tu podjeżdża autobus. Lecę doń. Kupuję bilet. Siadam na miejsce gdzieś w połowie pierwszej połowy autobusu. Pojazd jest już dawno w drodze. Zerkam na zegarek w telefonie. 7:26… to o której odjechał? Wszak na rozkładzie pisało, że jedzie dopiero 7:28. Tymczasem już co najmniej 2 min jest w drodze. A więc z przystanku odjechał około 5 min przed czasem… pięknie bym się urządziła, gdybym przyszła na styk… O ile gdy przed czasem odjechał autobus na pętli w Bukowcu i stwierdziłam, że nie ma sensu siedzieć tam 2 godziny czekając na następny i szybciej te 7 km do dworca kolejowego w Nawsiu zajdę pieszo, to tutaj, z Leśnicy następny… o 14:08… Bo z Brennej Leśnicy do Cieszyna jeżdżą 4 autobusy dziennie: 6:23, 7:28, 14:08, 16:08. Trzy z nich kursują tylko w dni robocze, ten najwcześniejszy tylko w dni nauki szkolnej. O jeden więcej – o 5:13 kurs jest do Skoczowa.

    Gdy wsiadałam w tyle siedziały bodaj 2 osoby. Młodzież szkolna. Na kolejnych przystankach wzdłuż ciągnącej się dobre kilka kilometrów doliny Leśnicy wsiada kolejna młodzież szkolna. W Górkach autobus wypełnia się bodaj do ostatniego miejsca – muszę upchać jakoś pod nogi plecak, by zwolnić miejsce. Niemal sama młodzież. Dwie panie w średnim czy nawet starszym wieku. Jedna dosiada się do mnie. Emerytka. Nie jeździ często, dzisiaj jedzie okazjonalnie.

    Młodzież rozmawia. O drobionym czy nieodrobionym zadaniu, ktoś pyta kogoś czy ma książkę do angielskiego, ktoś inny czy nauczył się tego i tamtego. - Na którą masz? - pada pytanie nastolatki skierowane do koleżanki siedzącej po drugiej stronie przejścia.

- Na jedenastą. Jest przed 8. Autobus w Cieszynie będzie o 8:30… No tak, ale następnego przecież nie ma…

    W Skoczowie ilość pasażerów mocno się przerzedza. Zostaje mniej więcej połowa. Trochę młodzieży wysypuje się później jeszcze w Międzyświeciu. Reszta w Cieszynie. Sporo na Kochanowskiego. Pozostali na Placu Wolności. W dół 3 Maja autobus rusza już całkiem pusty.

    By wrócić z cieszyńskich szkół uczniowie z Brennej Leśnicy mają do wyboru: 12:55, 14:55 lub 16:55. Jakieś zajęcia pozalekcyjne popołudniu? Spotkanie ze znajomymi z klasy? Jedynie jeśli ktoś zawiezie ich samochodem. Ci, którzy nie mają takiej możliwości wracać muszą najpóźniej o 16:55. Następnego już nie ma. Chyba że wysiądą przy ośrodku zdrowia i dalej pójdą pieszo. Dolina Leśnicy ma 7 km. I nie ma tam chodnika. Chyba nawet z poboczem jest kiepsko.

(indi)

środa, 11 sierpnia 2021

Tydzień z niepełnosprawnością - reportaż uczestniczący

 Któż z nas zastanawia się nad tym, z jakimi problemami w codziennym życiu, podczas wykonywania najprostszych, niezbędnych czynności, spotyka się osoba z obniżoną sprawnością? Jasne, że mamy wokół niepełnosprawnych na wózkach, i zdajemy sobie sprawę z tego, że schody są dla nich barierą. Ale nie trzeba mieć widocznej na pierwszy rzut oka niepełnosprawności, by zmierzyć się z problemami, na których istnienie trudno byłoby wpaść, gdyby się tego samemu nie przeżyło.

To była chwila nieuwagi. Sekunda, ułamek sekundy, w czasie których z osoby, która jeszcze przed chwilą, przy porannej kawie, snuła dywagacje w internetowej rozmowie z kolegą, jak to nie czuje się samotna i nie przeszkadza jej wracanie do pustego mieszkania, stałam się osobą o bardzo ograniczonej sprawności.

Moment nieuwagi, niefortunny lot zakończony spotkaniem moich pleców z twardym podłożem. Oszołomiona wstałam. Bolało. Poboli i przestanie – pomyślałam. Chodzę. Jest dobrze. No to jeszcze jedna kawka i siadam do komputera. Boli. No trudno, obiłam się, to musi poboleć. Kawka wypita, czas na śniadanko. Chlebek ukrojony. Co na chlebek? W lodowce jest masło, coś do chleba. I tu pojawia się pierwszy problem. Do lodówki trzeba się schylić. A tu się nie da… ból w plecach jest tak paraliżujący, że nie ma mowy o schyleniu się. Co tu począć… no nic, pójdę do PSS na kanapki śledziowe. Do przedpokoju dochodzę normalnie. Ale przy drzwiach czeka już kolejna niespodzianka.

Tydzień w kapciach


Przecież się nie schylę. Owszem, mogę usiąść. Ale jak usiądę to i tak nie jestem w stanie dostać ręką do stopy, aby zapiąć paski sandałów. Chwila konsternacji. Jak ja wyjdę z domu? No jak to jak? W pantoflach – klapkach. Całe szczęście kilka lat temu jako pantofle kupiłam sobie porządne, skórzane klapki dobrze trzymające się na stopie. Gdybym tak zwykła w domowych pieleszach przemieszczać się w różowych, pluszowych bamboszach z pomponem, to trochę mniej komfortowo czułabym się na ulicy. Niemniej i tak nie pozostawałoby mi nic innego, aniżeli chodzenie w takim właśnie obuwiu. Jakiekolwiek, które wymaga podczas ubierania spotkania się ręki ze stopą jest dla mnie na najbliższe dni absolutnie niedostępne.

Pantofle, choć porządne, skórzane nie wytrzymały próby czasu, ulic i kilometrów. Stały się jedynym dostępnym dla mnie obuwiem w piątkowy poranek. Piątek to były tylko wyjścia do sklepu. Ale już w sobotę obsługa medialna spaceru z przewodnikiem po Czeskim Cieszynie, później Festiwalu Historii Słowiańskiej na Wzgórzu Zamkowym. Po poniedziałkowej kilkukilometrowej wędrówce po Frydku i Mistku rozpadły się. Na szczęście był to dzień, w którym córa wróciła z obozu. Była przed następnym wyjazdem raptem pół dnia w domu. Dostała listę zadań do wykonania. Ale wpierw poprosiłam, by… ubrała mi skarpetki. Muszę iść na miasto, do sklepu obuwniczego kupić sobie nowe klapki, a te zanieść do szewca do naprawy. Ale przecież by kupić buty muszę je przymierzyć. A by przymierzyć muszę mieć skarpety. Tymczasem ubranie sobie skarpet jest dla mnie czynnością absolutnie niewykonalną. Ciekawe co zrobiłabym, gdyby córa akurat nie przyjechała… albo nieszczęsne pantofle rozpadły się już po jej wyjeździe… na szczęście wszystko idealnie zgrało się w czasie, a pantofle były uprzejme rozpaść się w najlepszym momencie. Tak więc ruszam na miasto na poszukiwanie wygodnych butów – klapek. Zadanie okazuje się wcale nie łatwe przy mojej wąskiej a długiej stopie, na którą trudno znaleźć obuwie nie sznurowane czy zapinane, a nie spadające zeń. No i jeszcze jakoś normalnie wyglądające, w normalnych kolorach. Na szczęście w którymś z kolejnych sklepów się udaje. Uratowana! Mam w czym chudzić. Stare, rozprute pantofle lądują u szewca.

Podnieś, wyciągnij, przełóż – lista absurdalnych próśb


Prośba o ubranie skarpet była wisienką na torcie listy próśb do córy. Znalazły się na niej takie pozycje, jak:
-zamieć butelkę, która mi się rozbiła
-wyciągnij kotom mięso z zamrażarki
-sprzątnij kuwety
- wyciągnij ze zmywarki czyste naczynia
- podnieś z podłogi leżącą baterię
- wystaw z łazienki wiadro pełne świeżej wody by koty miały z czego pić
- wylej wiadro z wodą z podmianki w akwarium (zostawione do podlewania roślin doniczkowych)
- wyciągnij włosy z odpływu prysznica

To wszystko były czynności, których nijak nie byłabym w stanie wykonać samodzielnie.

Menu zdeterminowane niepełnosprawnością


Pierwszym moim poupadkowym posiłkiem były wspomniane kanapki śledziowe kupione w PSS i zjedzone na miejscu, na stojąco, przy tamtejszej ladzie pod oknem. Do domu wróciłam także z zakupioną -mimo tego, że w lodówce leżała kostka i pół - kostką masła. To, że miałam świadomość, że masło w lodówce jest, nijak nie przekładało się na to, bym mogła z niego skorzystać. Schylenie się, by go wyciągnąć było dla mnie nierealne. Tak więc kolejnym posiłkiem były kanapki zrobione już w domu, zjedzone nie pamiętam, czy w kuchni, czy też przy komputerze. Tak czy tak - co najistotniejsze w tym wątku – były to kanapki. Później był jeszcze kawałek pizzy kupiony w okienku i jedzony w marszu itp. Aż tu, będąc na Wzgórzu Zamkowym na drugiej z kolei imprezie, z której robiłam materiał medialny zgłodniałam. Postanowiłam się więc posilić krupniokiem zakupionym na pobliskim stoisku Browaru Cieszyn. Oj jaki to był błąd! Gdy go kupowałam nie przyszło mi do głowy jakiego trudu i ile bólu wymagać będzie skonsumowanie tej prostej potrawy. Z tacką z krupniokiem podążam do stołu. Kładę tackę, wspierając się mocno o stół zmieniam pozycję ze stojącej na siedzącą. Podsuwam sobie tackę z krupniokiem. Kroję kawałek. Po czym spotyka mnie niemiła bardzo niespodzianka. By wsadzić do ust spadający z widelca kawałek krupnioka trzeba się nad talerzem nachylić… Ależ ból! Zjedzenie tego posiłku było nie lada wyzwaniem, okupionym strasznym bólem przy każdym kęsie. Kupując krupnioka nie miałam bladego pojęcia, z jakimi problemami przyjdzie mi się zmierzyć, by go spożyć. Gdybym chociaż kupiła kiełbaskę… tą można by zjeść podnosząc kiełbaskę do ust, nie musząc schylać ust do talerza. Z krupniokiem się tak nie da. Teraz już wiem, że na najbliższy czas niedostępne są dla mnie wszelkie dania, które trzeba jeść nachylając się nad talerzem. Pozostaje wszystko to, co można zjeść na stojąco, nie zmieniając pozycji.

Spadło? Będzie leżeć.


Zaraz w pierwszy dzień od mojego upadku nieszczęśliwie spadła mi na podłogę bateria z telefonu (rozpadł się gdy go wyciągałam z kieszeni, pozostałe części zostały w ręce, natomiast bateria upadła na podłogę). Spojrzałam na płaski przedmiocik przylegający do kafelek kuchennej posadzki. Zupełnie dla mnie nieosiągalny. Cóż, to jeden z trzech telefonów, które mam (dwa numery prywatne i jeden służbowy), więc trudno. Obejdę się bez prywatnego z czeskim numerem.

Niemniej bywały sytuacje, kiedy spadło coś, co jednak chciałabym mieć z powrotem w swoim posiadaniu. Jak zakrętka z butelki podczas sobotniego spaceru z przewodnikiem. Spadła. A ja zostałam z odkręconą, pełną butelką w ręku tępo spoglądając na trotuar, na którym leżała zakrętka. Nierealne, bym jakimkolwiek sposobem była w stanie jej dosięgnąć. Poprosiłam stojącą obok młodą panią, czy mogłaby mi podać. Popatrzyła jak na idiotkę kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Na szczęście zrobić materiał z tego wydarzenia przyszła też koleżanka z innej redakcji. Stała nieco dalej. Ale podeszłam i skierowałam do niej swą dziwaczną prośbę. Z aparatem w jednej ręce, dyktafonem w drugiej, w gorsecie ortopedycznym schowanym pod bluzką nie wyglądałam na osobę niepełnosprawną. No, chyba że umysłowo, skoro proszę starsze od siebie osoby o podniesienie z chodnika zakrętki, zamiast sama się po nią schylić…

Równie niemożliwe, jak podniesienie baterii czy zakrętki, było zamiecenie butelki, która stłukła się, gdy próbowałam wsadzić mleko do lodówki, jednak nie potrafiłam się schylić, by go tam włożyć. Tego samego dnia, a był to piątek, przejrzałam internet i zakupiłam zmiotkę z szufelką na kijach umożliwiające zamiatanie bez schylania się. „Ciekawe, co będzie szybciej. Przesyłka dojdzie czy moja sprawność wróci” - pomyślałam klikając „zapłać”.

Miejsca niedostępne, o czym będąc zdrowi nie myślimy


Niedługo po upadku pomyślałam, że warto byłoby stłuczone miejsce nasmarować jakąś maścią na stłuczenia. Kojarzyłam, że takowe znajdują się w domowej apteczce. No tak. Tyle, że na apteczkę przeznaczyłam… dolną szufladę kuchennej szafki. Miejsce dla mnie całkowicie niedostępne. Jest tam na pewno „Altacet”. Ale cóż z tego, że jest, skoro sięgnięcie po niego jest niemożliwe… jest też maść o nazwie „Voltaren”. Też chyba na stłuczenia. Otworzywszy szufladę nogą (którą potrafię podmieść, jednak niezbyt wysoko, to znaczy nogi do ręki nie podniosę) patrzę z góry na jej zawartość. „Voltaren” w sporej tubie leży na dnie szuflady. Zakrętka tuby jest duża i kanciasta, z wypustkami. Idę do spiżarni po sznurek. Na szczęście wisi sobie na haczyku na dostępnej dla mnie wysokości. Uzbrojona w sznurek z pętelką staję nad szufladą i oddaję się zabawie znanej mi z festynów szkolnych w młodszych klasach mojej córki. Jest! Tuba złowiona! Można jej zawartością nasmarować obtłuczone miejsca.

Równie niedostępne są dla mnie wszystkie inne miejsca znajdujące się niżej, aniżeli mogę sięgnąć ręką stojąc.

Potrzeba matką wynalazku


Sznurek z pętelką okazał się skuteczny, choć jego użycie wymagało trochę czasu poświęconego na zabawę zręcznościową rodem z przedszkolnego festynu. Taki dzieciak czy rodzic ze śmiechem łowiący coś na „wędkę” pojęcia nie ma, do czego i jak bardzo umiejętność ta może przydać się w codziennym życiu…

Pomyślałam jednak, że przecież są osoby starsze, schorowane, o obniżonej sprawności, którym schylanie się nastręcza trudności. Musi być przecież jakieś dla nich rozwiązanie codziennych problemów. Przecież nie jestem jedyną osobą na świecie, która ma problem ze schylaniem się. Z tą myślą udałam się, oczywiście w pantoflach, do sklepu z artykułami medycznymi. Pytam. Jest jeden taki chwytak połączony z łyżką do butów. Łyżka kompletnie dla mnie nieużyteczna, przecież i tak żadnych butów nie dam rady zapiąć, bo nie sięgnę dłonią do stopy. Biorę do ręki chwytak. Sprawdzam. Trochę za krótki kij, wymaga jednak by troszeczkę się schylić. No i strasznie mało precyzyjny. Rezygnuję. Wracam do domu. Ruszam na obchód mieszkania rozglądając się na dostępnym dla mnie – a więc nie wymagającym schylania się – poziomie. Jest! Na balkonie wisi spory, metalowy haczyk. Zawiązany na końcu sznurka pozwala podnosić z ziemi najróżniejsze przedmioty. Byle było o co zahaczyć haczyk i przedmiot już jest dla mnie dostępny! Kabel zasilacza służbowego komputera – jest. Ładowarki przechowywane w dolnej szufladzie – są! Wystarczyło unieść lekko nogę na tyle, by otworzyć stopą szufladę, a ładowarki wyciągnąć haczykiem na sznurku. Tą samą metodą haczyka na sznurku mogę podnieść z podłogi choćby zdejmowane majtki, klapek, by wyregulować jego wielkość i wiele innych potrzebnych mi przedmiotów, które znajdują się na podłodze. Choć bateria z telefonu czy szkło rozbitej butelki nadal są dla mnie nieosiągalne, to sporo przedmiotów dzięki haczykowi na sznurku stało się dostępnymi. Dostępny jest również sam brzeg górnej pułki w lodówce. A to właśnie tam – na szczęście – leżało pudełko z mięsem dla kotów. Już na drugi dzień podłoga w okolicy misek wygląda strasznie. Jedyną bowiem formą, w jakiej mogę podawać kotom jedzenie, jest w pozycji stojącej rzucanie surowego mielonego mięsa do misek. Najczęściej nie trafiam… Na szczęście kotom jest to zupełnie obojętne, czy jedzą z miski, czy z kafelek.

Herbata, kawa – to wszystko mogę sobie zrobić. Ale mam ochotę na kofolę. Stoi sobie kilka butelek w spiżarni. Na podłodze… patrzę na nie tęsknie, po czym robię sobie kolejną szklankę wody z miodem – na szczęście w momencie wypadku stał nieschowany na kuchennym blacie. Ale po kilku godzinach wracam do rozmyślań o kofoli. Idę do spiżarni uzbrojona w sznurek z zaciskową pętelką. Jest! Kofola w moich rękach. A chwilę później w szklance.

Również umycie nóg, kiedy nie da się ani schylić, ani podnieść nogi na tyle, by sięgnąć dłonią do stopy, nastręcza pewnych trudności. Albo po prostu wymaga pomyślenia, jak zrobić to inaczej. Sprawa okazuje się dość prosta. Wystarczy rzucić na prysznicową podłogę namydloną gąbkę i przytrzymując ją jedną stopą drugą o nią pocierać. Sparwę ułatwiają uchwyty, których można się przytrzymać, by nie stracić równowagi. Co jednak byłoby, gdybym nadal miała w domu wannę? Cóż, musiałabym udać się z prośbą o możliwość wykąpania się do kogoś dysponującego prysznicem.

To, czego nie da się nijak

O ile z wieloma codziennymi czynnościami można (no bo i trzeba) sobie poradzić, to jednak oprócz wspomnianych miejsc niedostępnych są jeszcze czynności niedostępne. O ubieraniu butów już było. Wiadomo, że w takim stanie chodzić można tylko w klapkach. Swoją drogą ciekawe, jak można by rozwiązać ten problem zimą… chyba nie można by. Zwłaszcza że nie o same buty chodzi, nie da się w takim stanie ubrać też skarpet. Nie da się też posmarować wysuszonych stóp kremem. Nie wspominając o obcięciu paznokci. No, ale to ostatnie nie jest czynnością codzienną.

Inną czynnością, zdecydowanie codzienną, okazało się równie nieosiągalne… umycie twarzy. Pod prysznicem – w pozycji stojącej, bez konieczności schylania się – wszystko jest w porządku. Tyle, że ja nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia bez opłukania twarzy zimną wodą. Tymczasem… nie jestem w stanie nachylić się nijak nad umywalką. Wsparta na niej jedną ręką, stojąc wyprostowana, w drugą dłoń próbuję nabrać trochę wody by ochlapać nią twarz stojąc pionowo. Trudne. I mało skuteczne.

Zawsze musi być ten pierwszy raz, czyli jak tu skorzystać z WC?


Na koniec zostawiłam temat mało sympatyczny i przyjemny, jednak niezbędny… kwestia toalet dla niepełnosprawnych jest bodaj zagadnieniem jednym z bardziej znanym osobom postronnym, których temat niepełnosprawności bezpośrednio nie dotyczy. A to za sprawą zmieniających się wymogów i standardów, które nakazują w miejscach użyteczności publicznej budować toalety dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Na pierwszy rzut oka widzimy, że takowych jest wszędzie sporo. Niepełnosprawny nie powinien więc mieć problemów z załatwieniem poza domem tej podstawowej potrzeby. Ale czy na pewno? O tym przyszło mi się przekonać osobiście.

Zacznę jednak od domu. Pierwsza po upadku wyprawa do toalety. Łazienka przerobiona na potrzeby niepełnosprawnego, gdy ze szpitala miał wrócić Jot na wózku. Tyle, że gdy odzyskał już fizyczną sprawność, za czym niestety w ślad nie poszło odzyskanie sprawności psychicznej i kontroli nad tym, co czyni – w napadzie szału wyrwał ze ściany jeden z uchwytów przy ubikacji. Staję więc bezradnie przed muszlą i zastanawiam się jakim sposobem mam przyjąć pozycję na niej siedzącą… Z jednej strony jest uchwyt. Ale podparcie się jedną ręka nie wystarczy mi, bym potrafiła przejść ze stania do siedzenia… rozglądam się. Nieopodal stoi plastikowy kosz na brudną bieliznę. Na szczęście bardzo wysoki. W sam raz, by mógł posłużyć za podpórkę do siadania i wstawania. Wystarczy tylko przesunąć go we właściwe miejsce, koło ubikacji. Tak więc korzystanie z toalety w domu opanowane. Uf. Kolejny jeden problem z głowy.

A co w mieście? Przyszło sprawdzić mi już następnego dnia po upadku. Choć zakrętka z butelki została mi szczęśliwie podniesiona przez koleżankę i nie musiałam wypić pół litra płynu naraz, jednak i tak po przechadzce po Czeskim Cieszynie odczuwałam potrzebę opróżnienia pęcherza. Zwłaszcza, że nie szłam do domu, a na kolejne wydarzenie, tym razem na Zamek. Po drodze kawiarnia „Avion”. Wchodzę. Toaleta nie jest dla niepełnosprawnych. Za to jest tak małym i wąskim pomieszczeniem, że trzymając się kaloryfera z jednej, klamki z drugiej strony daję radę usiąść. Jak żyję na tym świecie czterdzieści kilka lat, tak po raz pierwszy w życiu siadam na desce publicznej toalety… oj co ja bym zrobiła, gdyby na naszej szerokości geograficznej popularne było to, co mnie swojego czasu tak zachwyciło – ubikacje typu tureckiego… Dotychczas uważałam je za cudowne rozwiązanie. Zwłaszcza w publicznych toaletach, gdzie nigdy nie siadałam bezpośrednio na deskę…

W kolejnym dniu kolejna toaleta. „Lawasz Bistro” przy Rynku. Mimo serwowania potraw z tej szerokości geograficznej, na której wypomniany przeze mnie patent toalet do wczoraj jeszcze uważany przeze mnie za najidealniejszy jest na porządku dziennym, tutaj też ubikacja w wersji europejskiej. Też nie ma specjalnej infrastruktury dla niepełnosprawnych, ale ma za to murek, o który można wygodnie oprzeć się i dzięki temu tak usiąść, jak i wstać z sedesu.

Ale były też i niemiłe niespodzianki w kwestii korzystania z toalet. Wybieram toaletę z oznaczeniem dla niepełnosprawnych. Wchodzę. Rozglądam się. Przecież tu nie ma się za co złapać, by móc zmienić pozycję ze stojącej na siedzącą i z powrotem… wychodzę. Idę do damskiej. Tam na szczęście pomieszczenie na tyle wąskie, że ściana i klamka wystarczą za uchwyty.

Na szczęście skorzystać z toi toi-a w wersji dla niepełnosprawnych przyszło mi dopiero po ponad tygodniu od upadku. Odzyskałam już wówczas na tyle sprawność, że potrafiłam nie usiąść, a zawisnąć nad plastikowym otworem. Toi toi na szczęście wyposażony był w uchwyty pozwalające na to. Bo bez nich jeszcze nie byłabym w stanie przyjąć takiej pozycji. Pozycji, jaka zdrowemu człowiekowi jawi się jako nie nastręczająca żadnego problemu.

Powrót do noramalności

Po ponad tygodniu od nieszczęśliwego upadku powoli coraz więcej czynności zaczyna być dla mnie wykonalnych. Jeszcze boli, ale mogę już kucnąć. Nie podniosę nic ciężkiego, ale sięgnąć potrafię już nawet na dolną półkę lodówki. Mam nadzieję, że ani się obejrzę, a będę mogła już ubrać buty inne, aniżeli klapki.

Nie planowałam reportażu uczestniczącego pod tytułem „Tydzień niepełnosprawnego”. Ale skoro już taka – na szczęście chwilowa – niepełnosprawność stała się moim udziałem, to dzielę się spostrzeżeniami z innymi. Nie życząc nikomu, by miał okazję sprawdzić, jak to jest osobiście. Choć jak sama widzę na własnym przykładzie – każdemu i w każdej chwili może się to zdarzyć. Wystarczy chwila nieuwagi.

(indi)

https://wiadomosci.ox.pl/tydzien-z-niepelnosprawnoscia-reportaz-uczestniczacy,70631