Wystawę otwarto w środę 11 marca, a uwiecznione na płótnie portrety pań w kapeluszach będzie można oglądać do końca marca. - Malując tą serię obrazów skupiłem się na pięknie kobiecej twarzy. Kapelusz zawsze mi się podobał. Wprowadza szyk, elegancję, ale też rondo kapelusza nakładam troszkę na twarz malowanych pań, co stwarza pewną tajemniczość – mówi artysta przyznając, ze cykl portretów pań w kapeluszach jest pierwszym tego typu, który wyszedł spod jego pędzla.
To nie koniec zainteresowania malarza paniami w kapeluszach. Jego kolejną inicjatywą jest planowane na sobotę 21 marca spotkanie przy kawie dla Pań w kapeluszach, które odbędzie się w Cafe Muzeum w Cieszynie o 16.00. -Chodzi o to, by wypić kawę nie w domu, a w kawiarni. Bo po rozmowach z mieszkańcami Cieszyna obserwuję odchodzenie od tradycji picia kawy w kawiarni. Chcemy w ten sposób wrócić do tej przyjemności spędzenia czasu w kawiarni, rozmowy z drugą osobą. Natomiast kapelusz jest pewnym stanem ducha u kobiet. To nie jest tylko element ubrania. Myślę, że gdy panie wypiją już tą kawę będą mogły opowiedzieć, jak się pijąc kawę czuły. Chcę wykorzystać ich opinię do tworzenia pewnych obrazów będących sumą wrażeń kobiet co odczuły pijąc kawę w kapeluszu. Będzie to więc rodzaj happening – przeniesienie odczuć kobiet pijących kawę w kapeluszu na obraz, który powstanie. Zapraszam również fotografów, mam nadzieję, że dla nich również przestrzeń kawiarni ubogacona o piękno pań w kapeluszach będzie ciekawym tematem – zachęca do udziału w imprezie Dariusz Orszulik dodając, że kilka osób już zapowiedziało, że przeczyta wiersz na temat kapeluszy, może uda się sprowadzić jakiegoś muzyka.
indi)
niedziela, 15 marca 2015
sobota, 14 marca 2015
Triumf kobiecości
Kobiety w kapeluszach są tematem kolejnej wystawy obrazów pędzla Dariusza Orszulika prezentowanych w Galerii ''Plus'' prowadzonej przez Teresę Pawłowską przy ul. Głębokiej w Cieszynie. Wystawę zatytułowano Triumf kobiecości, a obrazy ukazują piękno, elegancję i urok pań.
Cisza dla hospicjum
Poezji z nowego tomiku Aleksandry Błahut-Kowalczyk ''Cisza'' wysłuchać można było w środowe popołudnie 12 marca w czytelni i kawiarni literackiej Avion tuż po drugiej stronie Olzy, przy Moście Przyjaźni. Nie był to jednak zwykły wieczorek poezji, a inauguracja w Powiecie Cieszyńskim Ogólnopolskiej Kampanii Pola Nadziei.
Pola Nadziei to ogólnopolska kampania hospicyjna, w której cieszyńskie Hospicjum św. Łukasza Ewangelisty bierze udział po raz czwarty. Jej celem jest zbieranie funduszy na działalność hospicyjną, a także popularyzacja idei hospicyjnej wśród dzieci, młodzieży i całego społeczeństwa.
Symbolem kampanii jest żonkil, czyli międzynarodowy symbol nadziei. Nie zabrakło więc ich i w Avionie. Każdy kto przyszedł na poetycko-muzyczną ucztę, a sala kawiarni wypełniona była po brzegi, otrzymał mały żółty kwiatek, który mógł wpiąć sobie do klapy marynarki, czy innej części garderoby. Czytane przez autorkę wiersze pełne refleksji na temat Boga i nadziei przeplatane były piosenkami śpiewanymi przez Martę Bylok z II Liceum Ogólnokształcącego w Cieszynie przy gitarowym akompaniamencie Wojciecha Kaczmarczyka.
Wieczorek poetycko-muzyczny zorganizowały Halina Sajdok-Żyła, laureatka Srebrnej Cieszynianki oraz Małgorzata Szklorz, cieszyńska poetka. Podczas wieczorku można było wspomóc Hospicjum, a także nabyć tomik wierszy napisanych przez nieżyjącego pacjenta hospicjum Stanisława Goli.
(indi)
Symbolem kampanii jest żonkil, czyli międzynarodowy symbol nadziei. Nie zabrakło więc ich i w Avionie. Każdy kto przyszedł na poetycko-muzyczną ucztę, a sala kawiarni wypełniona była po brzegi, otrzymał mały żółty kwiatek, który mógł wpiąć sobie do klapy marynarki, czy innej części garderoby. Czytane przez autorkę wiersze pełne refleksji na temat Boga i nadziei przeplatane były piosenkami śpiewanymi przez Martę Bylok z II Liceum Ogólnokształcącego w Cieszynie przy gitarowym akompaniamencie Wojciecha Kaczmarczyka.
Wieczorek poetycko-muzyczny zorganizowały Halina Sajdok-Żyła, laureatka Srebrnej Cieszynianki oraz Małgorzata Szklorz, cieszyńska poetka. Podczas wieczorku można było wspomóc Hospicjum, a także nabyć tomik wierszy napisanych przez nieżyjącego pacjenta hospicjum Stanisława Goli.
(indi)
czwartek, 12 marca 2015
O muzyce Karpat w Łomnej
Wpierw PhDr. Jiří Langer wspominał etnomuzykologa PhDr. Jaromíra Gelnara, autora ludowych śpiewników, który wędrował po kraju zbierając przykłady ludowej muzyki i nagrywając wiele godzin ciekawych przykładów.
Vít Kašpařík z Velkych Karlovic, znany Zaolziakom z takich imprez, jak Miyszani owiec w Koszarzyskach opowiadał, jak wytwarza się ludowe instrumenty. Jego domeną są wszelkiego rodzaju piszczałki.
Wspominał, że samej sztuki wytwarzania instrumentów nauczył się od swego ojca, jednak do tego, jak mają wyglądać karpackie instrumenty ludowe dochodził już samodzielnie. Wyjaśnił, że piszczałki robi się najczęściej z czarnego bzu, gdyż ten ma miękki miąższ, który można z środka łatwo usunąć. Gdy zaczynał robić piszczałki, to używał różnych narzędzi – dłutek, pilników.
- Ale później pomyślałem, że przecież pasterz, który robił sobie piszczałkę, takich narzędzi nie miał. Dlatego tak długo próbowałem, aż zrobiłem piszczałkę przy pomocy jedynie noża – wyjaśnił.
Teraz robi piszczałki tak, by miały odpowiedni ton, by na każdej można było grać wspólnie z innymi. – Ale myślę, że pasterz się takimi problemami nie zajmował i gdyby zaszedł ze swoją piszczałką do sąsiedniej wsi, to jego piszczałka grałaby w innym tonie, niż piszczałki innych pasterzy – wyraził przypuszczenie.
Podzielił się ze słuchaczami również takimi ciekawostkami, jak to, że piszczałki trzeba… moczyć.
– Piszczałka ze świeżego czarnego bzu grała pięknie, ale jak wyschła, już nie, więc trzeba ją było namoczyć w potoku, albo przynajmniej w trawie z rosą. Nacieramy też piszczałki olejem lnianym – zdradzał tajniki prelegent.
Wykład swój ilustrował nie tylko pokazując kolejne wykonane przez siebie instrumenty, ale także grając na nich. Na przykład zagrał na dwóch piszczałkach z trzciny na raz. Wyraził przypuszczenie, że tak właśnie mogły powstać gajdy.
- Ludziom pewnie przeszkadzało, że muzyka cichnie, jak trzeba nabrać powietrza, dlatego to powietrze trzeba było wrazić do jakiegoś miecha.
Na koniec Vít Kašpařík zdradził, co mu powiedział ojciec na temat powodów, dla których pasterze grali na piszczałkach. Otóż według jego teorii gdy pasterz grał na piszczałce to owca czuła się bezpiecznie słysząc cały czas, że pasterz jest blisko, więc pasła się spokojnie nie podnosząc w niepokoju głowy.
Kolejnymi prelegentami byli wykładowcy z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego etnomuzykolog, etnolog i antropolog dr Justyna Cząstka-Kłapyta i geograf dr Piotr Kłapyta. Opowiadali oni, bogato ilustrując prelekcję zdjęciami, a nawet fragmentami filmów o magicznej funkcji obrzędowych tańców kolędniczych Hucułów.
Wpierw Piotr Kłapyta przybliżył słuchaczom kwestie związane z położeniem Huculsyczyzny częściowo na terenie dzisiejszej Ukrainy, a częściowo rumuńskiej Bukowiny dodając, że najlepszy dojazd jest przez Słowację.
Wyjaśnił też, że Huculszczyzna to teren górski zamieszkały przez ludność pasterską. To właśnie dzięki trudnodostępnemu położeniu przetrwały tam pradawne obrzędy, o których szczegółowo opowiadała już Justyna Cząstka-Kłapyta. Stwierdziła, że huculski obrzęd kolędniczy należy do najlepiej zachowanych.
Przetrwało w nim wiele tańców i pieśni obrzędowych swymi korzeniami sięgających czasów wierzeń pogańskich w Boga Słońce, na które dopiero w XIX wieku nałożono obrządek chrześcijański. Przed powstaniem pierwszych cerkwi Huculi kolędowali na wiosnę, stąd w ich kolędach tak wiele nawiązań agrarnych.
- Kolęda należy do tych tradycji, które nie mają jednej ojczyzny. Spotykamy ją we wschodniej i południowej Polsce, na Ukrainie, w Rumunii. Są w niej wpływy od południa, czyli rzymskie oraz elementy agrarne, które przyszły od Słowian – wyjaśniała Justyna Cząstka-Kłapyta. – Nie jest to zwykła tradycja czy obyczaj. To jest magia – podkreśliła wyjaśniając, że muzyka to medium pomiędzy tym, a tamtym światem, ma funkcję oczyszczającą, chroniącą przed złą mocą.
Ostatnim prelegentem Dr. Michal Smetanka ze Słowacji, który opowiedział o muzyce, jako o dziedzictwie przodków. (indi)
środa, 11 marca 2015
Muzyka Karpat
Muzyka Karpat była tematem zorganizowanego w sobotę 7 marca w Łomnej Górnej na Zaolziu przez Stowarzyszenie Koliba i Ognisko Górali Śląskich w Koszarzyskach seminarium.
Jako że w organizację seminarium zaangażowani byli działacze Oddziału Górali Śląskich, sporo osób przybyło z polskiej strony Śląska Cieszyńskiego, głównie Ustronia i Trójwsi. Wykład każdy z prelegentów, a było ich czterech, wygłosił w swym języku i nikomu specjalnie nie przeszkadzało to w odbiorze.
Wpierw PhDr. Jiří Langer po czesku wspominał etnomuzykologa PhDr. Jaromíra Gelnara. Następnie Vít Kašpařík z Velkych Karlovic również po czesku zdradzał tajniki wyrobu ludowych piszczałek. Kolejnymi prelegentami byli wykładowcy z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego - etnomuzykolog, etnolog i antropolog dr Justyna Cząstka-Kłapyta i geograf dr Piotr Kłapyta. Ich prelekcja dotyczyła Huculszczyzny, a konkretnie magicznej funkcji obrzędowych tańców kolędniczych Hucułów. Wygłoszona była oczywiście po polsku, co jak wspominaliśmy, nie przeszkadzało w odbiorze słuchaczom z czeskiej strony. A naukowcy z UJ, którzy na szczegółowych badaniach na Huculszczźnie spędzili sporo czasu, niezwykle interesująco przedstawili ten mało znany temat. Wykład swój bogato ilustrowali zdjęciami huculskich obrzędowych grup kolędniczych. Prelegenci wyjaśnili, że Huculszczyzna to teren górski, a więc kultura góralska bliska naszej. Z tą różnicą, że tam nieprzerwanie przetrwały pradawne obrzędy i rytuały swymi korzeniami sięgające czasów pogańskich. Justyna Cząstka-Kłapyta wyjaśniła, że przed powstaniem pierwszych cerkwi Huculi kolędowali na wiosnę, a przed chrześcijaństwem na Huculszczyźnie panował kult boga słońce. Pierwsza ingerencja chrześcijańska w dawny obrzęd kolędniczy miała miejsce na Huculszczyźnie dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Zachowane zostały dawne wierzenia, na które nałożono obrządek chrześcijański.
- Kolędują przez dwa tygodnie obchodząc w tym czasie wszystkie 200, 300 chat. Często przez pierwsze trzy doby bez przerwy, bez snu – mówiła Justyna Cząstka-Kłapyta wyjaśniając, że jest to z ich strony ogromne poświęcenie, biorą na ten czas urlopy. Podkreślała też, że nie jest to zwykła tradycja czy obyczaj, a magia. Wyjaśniła, że muzyka jest w tym wypadku medium między tym, a tamtym światem, który jest obecny w huculskich obrzędach kolędniczych. Jedynie Grecy i właśnie Huculi robią uczty dla zmarłych. Kolędnicy w tym wypadku symbolizują zaświaty. Dawniej byli traktowani jako wysłannicy Boga – teraz chrześcijańskiego, wcześniej Boga Słońce. - Huculi wierzą, że dokąd będą kolędować, dotąd będzie istnieć świat – wyjaśniła prelegentka dodając, że huculscy kolędnicy kolędują także przed pustymi, niezamieszkałymi chatami właśnie ze względu na dusze zmarłych, którzy te chaty zamieszkiwali. A muzyka ma moc oczyszczającą, chroniącą przed złą mocą. Taką samą funkcję ma taniec obrzędowy, który u Hucułów przetrwał w formie najstarszych wytworów kultury tanecznej Słowian w przekazie ustnym. Konkretne tańce wykonywano w konkretnych gospodarstwach. Na przykład kreślony przed tańcem na ziemi znak krzyża miał magiczną funkcję zatrzymania roju. Zachowały się też ślady tego, że taniec kolędników był pierwotnie epifanią ku czci Boga Słońce. Chciano naśladować ruch słońca obchodząc chaty zawsze w tym kierunku, w którym podąża słońce i do dzisiaj Huculi tak właśnie kolędują.
Na koniec seminarium Dr. Michal Smetanka ze Słowacji opowiedział o muzyce, jako o dziedzictwie przodków.
(indi)
Wpierw PhDr. Jiří Langer po czesku wspominał etnomuzykologa PhDr. Jaromíra Gelnara. Następnie Vít Kašpařík z Velkych Karlovic również po czesku zdradzał tajniki wyrobu ludowych piszczałek. Kolejnymi prelegentami byli wykładowcy z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego - etnomuzykolog, etnolog i antropolog dr Justyna Cząstka-Kłapyta i geograf dr Piotr Kłapyta. Ich prelekcja dotyczyła Huculszczyzny, a konkretnie magicznej funkcji obrzędowych tańców kolędniczych Hucułów. Wygłoszona była oczywiście po polsku, co jak wspominaliśmy, nie przeszkadzało w odbiorze słuchaczom z czeskiej strony. A naukowcy z UJ, którzy na szczegółowych badaniach na Huculszczźnie spędzili sporo czasu, niezwykle interesująco przedstawili ten mało znany temat. Wykład swój bogato ilustrowali zdjęciami huculskich obrzędowych grup kolędniczych. Prelegenci wyjaśnili, że Huculszczyzna to teren górski, a więc kultura góralska bliska naszej. Z tą różnicą, że tam nieprzerwanie przetrwały pradawne obrzędy i rytuały swymi korzeniami sięgające czasów pogańskich. Justyna Cząstka-Kłapyta wyjaśniła, że przed powstaniem pierwszych cerkwi Huculi kolędowali na wiosnę, a przed chrześcijaństwem na Huculszczyźnie panował kult boga słońce. Pierwsza ingerencja chrześcijańska w dawny obrzęd kolędniczy miała miejsce na Huculszczyźnie dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Zachowane zostały dawne wierzenia, na które nałożono obrządek chrześcijański.
- Kolędują przez dwa tygodnie obchodząc w tym czasie wszystkie 200, 300 chat. Często przez pierwsze trzy doby bez przerwy, bez snu – mówiła Justyna Cząstka-Kłapyta wyjaśniając, że jest to z ich strony ogromne poświęcenie, biorą na ten czas urlopy. Podkreślała też, że nie jest to zwykła tradycja czy obyczaj, a magia. Wyjaśniła, że muzyka jest w tym wypadku medium między tym, a tamtym światem, który jest obecny w huculskich obrzędach kolędniczych. Jedynie Grecy i właśnie Huculi robią uczty dla zmarłych. Kolędnicy w tym wypadku symbolizują zaświaty. Dawniej byli traktowani jako wysłannicy Boga – teraz chrześcijańskiego, wcześniej Boga Słońce. - Huculi wierzą, że dokąd będą kolędować, dotąd będzie istnieć świat – wyjaśniła prelegentka dodając, że huculscy kolędnicy kolędują także przed pustymi, niezamieszkałymi chatami właśnie ze względu na dusze zmarłych, którzy te chaty zamieszkiwali. A muzyka ma moc oczyszczającą, chroniącą przed złą mocą. Taką samą funkcję ma taniec obrzędowy, który u Hucułów przetrwał w formie najstarszych wytworów kultury tanecznej Słowian w przekazie ustnym. Konkretne tańce wykonywano w konkretnych gospodarstwach. Na przykład kreślony przed tańcem na ziemi znak krzyża miał magiczną funkcję zatrzymania roju. Zachowały się też ślady tego, że taniec kolędników był pierwotnie epifanią ku czci Boga Słońce. Chciano naśladować ruch słońca obchodząc chaty zawsze w tym kierunku, w którym podąża słońce i do dzisiaj Huculi tak właśnie kolędują.
Na koniec seminarium Dr. Michal Smetanka ze Słowacji opowiedział o muzyce, jako o dziedzictwie przodków.
(indi)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


