sobota, 15 sierpnia 2015

Szikowne Gorolski Rynce

Niewątpliwą atrakcją dla miłośników tradycji ludowej są towarzyszące rokrocznie ''Gorolskimu Świętu'' w Jabłonkowie pokazy rzemiosła i technik rękodzielniczych ''Szikowne Gorolski Rynce'' połączone z warsztatami dla chętnych. W tym roku odbyły się już po raz dwunasty i zgromadziły rzesze zainteresowanych.
Szikowne Gorolski RynceOpowieści Leszka Richtery o tym, jak krok po kroku z owczego runa powstaje wełna wzbudziły wielkie zainteresowanie, fot. indi
— Ludzie z zaciekawieniem oglądają jak powstaje włókno lniane. Dla dzieci jest to szok. Im się wydaje, że to tak w sklepie wszystko leży i można kupić. Nie mają świadomości, jaki jest łańcuch przyczynowo skutkowy. Nie wiedzą, że najpierw jest jakaś roślina, albo, w przypadku wełny, runo owcze — dzieli się swoimi wrażeniami Leszek Richter, pomysłodawca akcji a zarazem prezes Sekcji Ludoznawczej Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, który przez dwa dni wspólnie z Otmarem Kantorem demonstrował przy pasterskiej kolibie obróbkę lnu i wełny, technikę skręcania sznurów, a także wytwarzania tradycyjną metodą góralskiego sera.

— Uczestniczyłam w tym pokazie — mówi Agnieszka z Cieszyna — i bardzo mnie to zafascynowało. Sama jestem miłośniczką serów i wreszcie mogłam zobaczyć jak krok po kroku taki ser powstaje. A najprzyjemniejsza była oczywiście degustacja…
Ser dla niektórych był lekko mdławy, ale z odrobiną soli smakował rzeczywiście wyśmienicie, choć — czego nie ukrywał Kantor — z przyczyn technicznych wyrabiany był tylko z krowiego mleka.

Obok rozłożyli swe stoiska i warsztaty rzemieślnicy legitymujący się elitarnym certyfikatem „Górolsko Swoboda”.
— Bardzo dobrze sprzedają się koszulki. A widzę, że paradują tu paniczki w spódnicach z modrzyńca, które kupiły u mnie w zeszłym roku — cieszy się Łucja Dusek-Francuz z Cieszyna. — Tylko że modrzyniec, choć bardzo fajny, to nie dla każdego klienta jest atrakcyjny, bo to wzór jednolity i nie każdemu się podoba. Dlatego mamy też wzory łowickie, żywieckie, podhalańskie.
Dusek nie ukrywa, że inspiruje się folklorem właściwie całego świata. Ale oprócz sprzedaży swych wyrobów, pobyt na „gorolskim” jarmarku jest też dla niej okazją do nawiązania kontaktów zarówno z potencjalnymi nabywcami („mam dużo klientów po czeskiej stronie, którzy zamawiają całe stroje beskidzkie”), jak i z producentami np. tkanin.

Kontakty, kontakty i jeszcze raz kontakty. Andrzej Malec z Ustronia, który od lat specjalizuje się w wyrobach z kości przyznaje, że to jest najważniejsze.
— Wyjść po prostu ze swoim rękodziełem do ludzi. Bo choć czasem ktoś kupi jakąś drobnostkę, nie jeździmy tutaj po to, by zarobić.
Potwierdza jego słowa Karol Kufa, rymarz z Mostów koło Jabłonkowa, u którego można zamówić „kyrpce”, pasterskie pasy i zdobione skórzane torby. Na „Gorolu” sprzedaje głównie to, co wcześniej już ktoś u niego zamówił. Owszem, ludzie oglądają, pytają się, ale przypadkowy klient to prawdziwy rarytas.
— Jeden jiny prziszeł i kupił coś.

— U nas rzeczywiście nie ma tej tradycji, by ludzie przychodzili i kupowali na miejscu — przyznaje Richter.— Na Słowacji jest inaczej. Tam to ludzie mają we krwi i po prostu chodzą z pieniędzmi i kupują.
Dlatego jego zdaniem trzeba pokazywać, a tym samym uświadamiać ludzi jak dany wyrób powstaje.
— Gdy ich praca będzie wzbudzała zainteresowanie, to ich wyroby będą znajdowały odbiorców i jest wtedy szansa, że dawne rzemiosła nie zanikną, a kolejne pokolenia rzemieślników będą uczyły się fachu od mistrzów. Gdyby nie takie akcje, jak ta, to następne pokolenia już nie umiałyby wykonać i docenić rzemieślniczej pracy.

Zgadza się z tym Wojciech z Brennej, który przyjechał na „Gorola” wraz z rodziną.
— Trudno w lepszy sposób promować folklor i ludowe rękodzieło. Organizatorzy pokazów i warsztatów robią niezwykle dużo dla przetrwania tradycyjnych wartości Śląska Cieszyńskiego i ich promocji.

A wyroby, które można było kupić w Jabłonkowie relatywnie wcale nie były takie drogie, jak mogłoby się wydawać. A to przecież nie tyle kwestia materiału, co wspomnianej przez Richtera długiej mozolnej ręcznej pracy. A czas to przecież pieniądz… Przidźcie zaś za rok. Ale z piyniondzami.

(ÿ)
http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,31037,szikowne-gorolski-rynce.html

http://fotoreportaz.ox.pl/fotoreportaz,7984,szikowne-rynce.html

-------------------------------

Tajemnice naszych rzemieślników



JABŁONKÓW / Powracamy tym artykułem do słonecznych wakacji i do Gorolskigo Święta, na którym odbył się pokaz rzemiosła i technik rękodzielniczych „Szikowne Gorolski Rynce”.
Podczas pokazu rzemiosła i technik rękodzielniczych połączonego z możliwością ich nauki „Szikowne Gorolski Rynce” można było na własne oczy zobaczyć m.in. jak powstawała lniana i wełniana nić, jak produkowano w prymitywnych warunkach wysoko na górskich łąkach przepyszny owczy i kozi ser.
Ideą pokazów jest nie tylko uświadomienie zwiedzającym tego, jak dawniej wyglądała codzienna praca i życie naszych przodków, ale także stworzenie rzemieślnikom pola do zaprezentowania ich działalności. Jeśli ich praca będzie wzbudzała zainteresowanie, a ich wyroby będą znajdowały odbiorców, jest szansa, że dawne rzemiosła nie zanikną, a kolejne pokolenia rzemieślników będą uczyły się od mistrzów trudnego fachu.
- Dawniej mieszkańcy naszych wsi byli samowystarczalni – wyjaśniał Leszek Richter, prezes Sekcji Ludoznawczej PZKO prowadzący także Izbę Regionalną im. Adama Sikory w Jabłonkowie. Pokazywał przy tym, jak od podstaw powstawał materiał na koszulę czy spodnie.Demonstrował na archaicznych narzędziach bardzo mozolny i skomplikowany proces pozyskiwania włókna lnianego i jego dalszej obróbki.
Zaczął od obrywania główek nasiennych za pomocą drewnianych grzebieni. Później łodygi lnu należało łamać na cierlicy, specjalnym do tego narzędziu. Połamany już len trzeba następnie wyczesać na szczotce zębatej i dopiero później przędzie się z niej na kołowrotku lnianą nić.
To dopiero przygotowanie materiału. Następnie na krosnach tkano materiał, z którego można było uszyć potrzebne ubrania. Nic dziwnego, że ludzie w dawnych czasach nie mieli wielu ubrań, szanowali je i reperowali, by służyły jak najdłużej. Wszak ich pozyskanie było niezwykle czasochłonne.
W Jabłonkowie można było obejrzeć nie tylko obróbkę lnu, ale też tworzenie pilśniowych czapek. – Na początku zajmowało mi to minimum osiem godzin. Teraz, jak doszłam do wprawy, trwa to nieco krócej – wyjaśniała słowacka rzemieślniczka zaciekawionym widzom.
Obróbka lnu i owczej wełny prezentowane były tuż obok pasterskiej kolyby. Kilkakrotnie w ciągu dnia odbywał się tam pokaz wyrobu sera tak, jak robił to dawniej bacza na sałaszu.
Nieopodal zaś pracowali inni rzemieślnicy, np. rękodzielnicy wykonujący stroje cieszyńskie oraz dodatki do nich. Wyrób biżuterii do strojów cieszyńskich pokazał mistrz złotnik Kazimierz Wawrzyk z Ustronia.
Byli także rzemieślnicy wykorzystujący naturalne surowce do produkcji już współczesnych wyrobów. M.in. biżuterii i najróżniejszych przedmiotów użytkowych produkowanych z wołowej kości przez rzemieślników Beatę i Andrzeja Malców, również z Ustronia.
Rzemieślnicy, którzy pracowali na miejscu byli Polakami, Słowakami, Czechami. Bariera językowa okazała się tutaj do pokonania i przy odrobinie chęci każdy ze zwiedzających pokazy jakoś z rzemieślnikami się dogadał, a ci chętnie nie tylko tłumaczyli, na czym ich praca polega, ale także pozwalali jej spróbować.
Umorusane gliną dzieci z radością próbowały lepić naczynia. Nie każdemu starczyło cierpliwości, by uprząść na kołowrotku choć kawałek wełnianej nici, gdyż sztuka ta okazała się wcale niełatwa.
Jednym słowem w tej części jabłonkowskiego Lasku Miejskiego, gdzie zorganizowano pokazy rzemieślnicze pod hasłem Szikowne Gorolski Rynce, każdy, i dziecko, i dorosły mógł ciekawie spędzić wiele godzin. Ci, którym przygoda z rękodziełem i rzemiosłem się spodobała, z pewnością wrócą do Jabłonkowa za rok.
(indi)

























Rozmowa z Salmą Ahmad- pierwszą wicemiss Wakacji

Reprezentująca Pakistan Salma Ahmad podczas Międzynarodowego Konkursu Miss Wakacji została I wicemiss. Przy okazji konkursu okazało się, że jest półkrwi polką. Mieszka w Hamburgu, gdzie się urodziła. Postanowiliśmy z nią porozmawiać zarówno o życiu w wielokulturowej rodzinie, jak i jej podejściu do tego typu konkursów.
Rozmowa z Salmą Ahmad- pierwszą wicemiss WakacjiPiękna Pakistanka z polskimi korzeniami została pierwszą Wicemiss Wakacji w Ustroniu, fot. indi
[ox.pl] Świetnie mówi Pani po polsku. Często bywa Pani w naszym kraju?

[Salma Ahmad] Tak. Mam rodzinę w Gnieźnie, skąd pochodzi moja mama. Mama od małego uczyła mnie polskiego. W domu zawsze gadało się po polsku.

Czyżby tata nauczył się o polsku?

Nie. Z tatą rozmawiam po pakistańsku, z mamą po polsku, a rodzice między sobą po niemiecku. Tak, że wychowałam się w trzech językach na raz.

Pierwszy raz na tego typu wyborach?

Nie. W Niemczech brałam już udział w wyborach najładniejszej Polki w Niemczech.

Była pani faworytką publiczności. Jak pani się czuje po werdykcie?

Cieszę się bardzo.

Plany na przyszłość ma Pani związane z modelingiem?

Nie. Ja sobie tylko tak przyjechałam. Spontanicznie, wakacyjnie. Teraz czeka mnie praca.

Jaka?

Jestem pedagogiem. Pracuję już osiem lat z trudną młodzieżą.

Jak kobiecie z tak nieprzeciętną urodą pracuje się z trudną młodzieżą? Ta uroda pomaga czy przeszkadza w pracy?

Nie ma to większego znaczenia. Dużo już w życiu przeżyłam, dużo się nauczyłam. Daje sobie radę z taką młodzieżą. Zawsze mi było żal dzieci, które mają rodziców alkoholików i inne problemy i zawsze chciałam im pomagać.

Czyli wielonarodowe pochodzenie pomaga w kontaktach z tą młodzieżą?

Nie ma to znaczenia, to przeważnie Niemcy.

A zdarzają się komentarze ze strony podopiecznych odnośnie Pani urody?

Nieraz tak, ale przeważnie uważają mnie po prostu za opiekunkę i żadnych problemów nie mam.

A wiedzą, czym się Pani zajmuje w czasie wakacji?

Nie. O takich rzeczach nie gadam. Życie prywatne jest prywatne, praca jest pracą.

Tegoroczną edycję Miss Wakacji wygrała Roksana Gąska. CZYTAJ: Miss Wakacji w Ustroniu 








środa, 12 sierpnia 2015

Seniorzy z Wędryni przyszłością naszego „hospicjum”

IMG_1758WĘDRYNIA / Kondycja polskości na Zaolziu była jednym z głównych punktów dyskusji podczas spotkania 4 sierpnia z autorem książki „Hospicjum Zaolzie” Jarosławem jot-Drużyckim w Klubie Seniora PZKO w wędryńskiej „Czytelni”. Uczestnicy byli zainteresowani spostrzeżeniami etnografa, a przede wszystkim człowieka z zewnątrz na temat ich rodzinnej ziemi. 
Nie mogło oczywiście zabraknąć pytania o sam kontrowersyjny tytuł publikacji.
— Nie chciałem tym tytułem nikogo obrażać, a po prostu zauważyłem, że państwo są przedostatnim pokoleniem Polaków na Zaolziu – stwierdził Drużycki.
Zauważył też, że ostatnie osoby posługujące się literacką polszczyzną, to dzisiejsi 60-latkowie. Obecny na spotkaniu wójt Wędryni Bogusław Raszka (choć seniorem jeszcze nie jest) stwierdził, że często jest tak, że Zaolziak w żadnym języku poprawnie nie mówi.
— Byłem kiedyś na konferencji w Cieszynie gdzie mówiono po polsku, czesku i „po naszymu”. Zastanawiałem się w jakim języku mam przemówić. Czy po czesku jako reprezentant gminy w Republice Czeskiej, czy po polsku, a może gwarą. Stwierdziłem, że po czesku nie, bo kiedyś kolega powiedział, że nie idzie mi to najlepiej. Dalej zastanawiałem się, że po polsku też nie będzie to bez błędu. No to może „po naszymu”, ale przypomniałem sobie, jak kiedyś profesor Kadłubiec zwrócił mi uwagę, że to się tak nie mówi „po naszymu”…
Wśród obecnych w wędryńskiej „Czytelni” jedni bronili gwary jako tradycji naszych przodków, inni woleliby jednak słyszeć na co dzień literacką polszczyznę.
— Za moich czasów nauczyciele w szkole nie używali gwary. A teraz nauczyciele chodząc po korytarzu chowają sobie „kapesníky do kabelek”. Moim zdaniem w polskich szkołach powinno mówić się po polsku – stwierdził Jerzy Macura.
Natomiast rozmawiania miedzy sobą gwarą nie potępił Raszka wskazując, że gwara jest tradycją i bogactwem tego regionu.
— Ale czysta gwara — dodał Jan Musioł. I tu rozpętała się dyskusja nad tym, na czym ma polegać jej czystość. Przecież wiadomo, że język żyje i ulega wpływom, tak więc w gwarze naszych dziadków więcej było germanizmów, natomiast teraz pojawia się więcej czechizmów.
— Lepsze są jednak dwa „banhofy” niż cztery „nadrażi” — zażartował jeden z obecnych.
Raszka wspomniał, że jak przed dziesięciu laty występowali w Wiśle z zespołem i mówili „po naszymu” to tamci miejscowi, „raptem zza grónia”, zza Czantorii, ze zdziwieniem pytali jak to jest, że mówią „po naszymu”, skoro są z Czech. — Musieliśmy im sporo tłumaczyć.
Zaczęto się więc wspólnie zastanawiać, czy Czantoria łączy czy też dzieli Polaków z obu części Śląska Cieszyńskiego, ale nie udało się dojść do wspólnej konkluzji.
Poruszono też kwestie mentalności Ślązaków Cieszyńskich. Prowadzący spotkanie prezes Klubu Seniora Stanisław Samek nawiązując do wywiadu z autorem „Hospicjum” publikowanego w naszym miesięczniku zapytał o wschodnie korzenie warszawiaka Drużyckiego.
— Że jestem człowiekiem wschodu pierwszy raz poczułem, kiedy przyjechałem na Śląsk Cieszyński. Nagle zorientowałem się, będąc w jego polskiej części, że jestem w obcym państwie. Że mimo, że jestem w Cieszynie czy Skoczowie, to mentalnie jest to inne państwo.
Spośród niemal czterdziestu uczestników spotkania siedmiu książkę czytało już wcześniej, mieli więc sporo konkretnych pytań do autora, jednak nie na wszystkie uzyskali odpowiedź.
— Brak nazwisk wypowiadających się bohaterów książki to po prostu kwestia uczciwości wobec moich informatorów nieświadomych tego, że ich słowa zostaną w przyszłości zacytowane – wyjaśnił Drużycki. I czytelnicy nadal muszą zadowolić się jedynie tajemniczymi pseudonimami typu „Strażak”, „Grafik”, „Poeta” czy „Siwy”.
Autor „Hospicjum” wspomniał w pewnym momencie, że kiedy zadzwonił do niego prezes wędryńskich seniorów z zaproszeniem na spotkanie w Klubie, zapytał go na sam koniec rozmowy, ile też osób wówczas się pojawia.
— Tak sobie pomyślałem, piętnaście, dwadzieścia. A tu słyszę w słuchawce: nie, nas przychodzi zwykle około pięćdziesiątki. Zaskoczyło mnie to. Napisałem emaila do znajomego, że nie wiedziałem, że tak prężnie działają tutaj seniorzy. A on mi na to odpowiedział żartobliwie: „Wędryńscy seniorzy przyszłością naszego hospicjum”.
(ÿ)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Ewakuacja z wyciągu krzesełkowego

- Dzień dobry. Bogusław Bujok, przewodnik. Jesteśmy z wycieczką na Stożku i jest awaria kolejki. Wisimy sobie. - Proszę poczekać, łączę z Grupą Beskidzką. Chwila oczekiwania. Zgłasza się centrala w Szczyrku. - Ilu was jest? - Piętnastu. - Już powiadamiam ratowników i zaraz tam będą.
Ewakuacja z wyciągu krzesełkowegoEwakuacja z wyciągu krzesełkowego przebiegała sprawnie, fot. indi
Czekamy jakiś czas. Za chwilę przy kolejce pojawiają się ratownicy GOPR-u. Uzbrojeni w sprzęt alpinistyczny, wdrapują się na podpory. Słychać szczęk karabinków i wnet do dyndającego krzesełka podjeżdża na linie ratownik. Wiemy, że nie wolno panikować i że trzeba bezwzględnie wykonywać polecenia goprowca. Ten każe podnieść się turystce z siedzenia i pomaga jej w zapięciu specjalnie używanego w tego typu akcjach trójkąta ewakuacyjnego. Zabezpieczona staje na poręczy i za chwilę jest już opuszczona na linie. Witaj Matko Ziemio! Na krzesełkach pozostało jednak jeszcze kilka osób, ale oto już inni ratownicy znajdują się przy nich...

Na szczęście cała akcja ratunkowa była pozorowana w ramach specjalistycznego szkolenia goprowców prowadzonego w ostatni piątek 7 sierpnia przez Jacka Jawienia, szefa wyszkolenia Beskidzkiej Grupy GOPR. Natomiast uwięzionymi na krzesełkach turystami byli członkowie Koła Przewodników Beskidzkich i Terenowych przy Oddziale PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie.

Sam pomysł zorganizowania wspólnych ćwiczeń okazał się trafiony. — Od dawna planowałem zorganizowanie takiego wspólnego szkolenia i cieszę się, że wreszcie się udało – nie kryje zadowolenia prezes Koła Ryszard Syrokosz, który przez wiele lat był także goprowcem. — Wiedząc jak przeprowadzana jest akcja ewakuacyjna łatwiej będzie nam, przewodnikom, którzy odpowiadamy za uczestników wycieczek, zapobiec panice, udzielić odpowiednich instrukcji poszkodowanym, przez co wpłynąć na to, by ewakuowana grupa była spokojniejsza, a tym samym pomóc w pracy ratownikom.

Nie każdy jednak udaje się w góry z przewodnikiem. Więc nawet jeśli jest to tylko wjazd kolejką linową, warto mieć zainstalowaną w telefonie specjalną aplikację „Ratunek” (działającą w systemie android), dzięki której można szybko wezwać pomoc, a także mieć zapisany w kontaktach ratunkowy numer GOPR — 601 100 300.

(ÿ)

http://fotoreportaz.ox.pl/fotoreportaz,7969,cwiczenia-ewakuacja-turystow-z-kolei-linowych.html

-------------------

GZC nr 32 z 14 VIII 2015, s. 6

--------------------------------------------------------------
Trzyniecki Hutnik nr 32 z 2015r, s.6

Miss Wakacji w Ustroniu