czwartek, 30 stycznia 2014
środa, 29 stycznia 2014
O cieszyńskich podziemiach
We wtorkowe (28 luty 2014) popołudnie zainteresowani podziemiami Cieszyna przyjść mogli do Domu Narodowego, by wysłuchać prelekcji Tadeusza Kopoczka, który w 1969 roku utworzył Ochotniczą Grupę do Penetrowania Lochów i Podziemi Cieszyńskich. Zainteresowanych tematem było tak wielu, że wpierw przeniesiono spotkanie z klubu Nasz Kącik na dużą salę, a później i do niej musiano dostawiać dodatkowe krzesła a i tak nie wszyscy chętni usiedli?
Tadeusz Kopoczek poinformował, iż niedawno dopiero została odnaleziona kronika, jaką prowadzili podczas penetracji lochów. Została przekazana do Urzędu Miejskiego, a władze miasta obiecały przekazać ją do Muzeum. - Nasza grupa nie była zorganizowana tak całkiem na wariackich papierach. Wspierało nas dwóch sztygarów. Zajmowali się zabezpieczeniem wykopów przed ewentualnymi skutkami osunięcia – zauważył Tadeusz Kopoczek witając jednego z nich, Janusza Tomiczka, obecnego na sali. Oprócz nich spośród członków grupy na wtorkowej prelekcji obecni byli Grażyna Lipowska, Andrzej Budniok, Adam Połednik, Andzej Jagiełko, Jan Starzec, Janusz Tomiczek i Gustaw Węglarzy
Tadeusz Kopoczek przyznał jednak, że kilka razy uświadomili sobie, że ich działania są na granicy bezpieczeństwa, lub… pod nią. - Dostaliśmy zimny prysznic w kilku miejscach… Pierwszy raz, gdy przy ulicy Szersznika w piwnicy na drugiej kondygnacji szukając zamurowanego przejścia do trzeciej kondygnacji jeden z chłopaków zaczął się zapadać. Kolega, Czesiu Nowak, błyskawicznie złapał go za kołnierz. Okazało się, że na posadzce były zbutwiałe deski, które zapadły się, a pod nim 8-metrowa studnia z krystalicznie czystą wodą. Drugą niebezpieczną sytuacją było penetrowanie lochu na Przykopie. Przejście było wąskie, przecisnęło się przezeń dwóch najszczuplejszych. Dopiero dużo później uświadomiliśmy sobie, że gdyby coś im się tam stało, to możliwości pomocy im byłyby mocno ograniczone. Trzecie takie zdarzenie, które mocno ostudziło naszą brawurę, miało miejsce w nieczynnym pomieszczeniu przyległym do zakrystii nieczynnego wówczas kościoła św. Krzyża przy ulicy Szersznika. Kościelny poinformował nas, że są tam schody prowadzące donikąd. Usuwając stamtąd rumosz natrafiliśmy na fragmenty ceramiki, nawet na kaflę z fragmentem orła piastowskiego. Po kilku dniach, kiedy wróciłem z dyżuru przy drukowaniu Głosu Ziemi Cieszyńskiej, dwaj koledzy już na mnie czekali u mojej mamy. Powiedzieli, żebym się nawet nie rozbierał, idziemy coś zobaczyć. Zaszliśmy do wykopu, a tam na dole leżał potężny głaz, który oderwał się od fundamentów. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że komuś mogłaby stać się krzywda. Całe szczęście, że spadł, jak nie było nikogo w wykopie – wspomina Tadeusz Kopoczek.
Choć wydarzenia te sprawiły, iż młodzi odkrywcy stali się ostrożniejsi, to bynajmniej nie zaniechali swych poszukiwań. Niejedna też chwila grozy się im przytrafiła. Na przykład penetrując pomieszczenia pod basztą zauważyli dwa zamurowane łukowate sklepienia. Jeden z chłopaków zszedł na dół po drabince sznurkowej, rozejrzał się i z okrzykiem w try miga znalazł się z powrotem na górze. Zobaczył tam bowiem cały arsenał granatów z czasów drugiej wojny światowej.
- Później działaliśmy jako Sekcja Ochrony Zabytków przy Macierzy Ziemi Cieszyńskiej, gdyż wcześniej byliśmy niczyi i Macierz nas przygarnęła. Grupę przy Macierzy prowadził inżynier Władysław Pawlica, którego żona niedawno odnalazła kronikę, o której wspominałem na początku– wyjaśnił Tadeusz Kopoczek. Przyznaje, że bardzo dużo w historycznych poszukiwaniach pomagał mu fakt, iż był redaktorem Głosu Ziemi Cieszyńskiej i pisał cykl artykułów historycznych. Do redakcji napływało bowiem mnóstwo listów, wielu mieszkańców przychodziło i opowiadało mu, co im o mieście opowiadali rodzice, dziadkowie. Wszystko to układało się w logiczną i wiarygodną całość. Przecież w czasie I Wojny Światowej Cieszyn stał się siedzibą sztabu generalnego armii austriackiej. Sztab stacjonował w dzisiejszym Liceum Osuchowskiego. Byłoby nielogiczne, gdyby sztabowi nie zapewniono bezpieczeństwa. - I tak by to czasowo pasowało, że właśnie w tym czasie zamurowano podziemne przejścia, żeby do sztabu nie było dojścia – rozważa Tadeusz Kopoczek.
Choć marzenie członków Ochotniczej Grupy do Penetrowania Lochów i Podziemi Cieszyńskich, by utworzyć podziemny szlak turystyczny, jak to się stało w Sandomierzu się nie ziściły, to jednak działania grupki zapaleńców nie pozostały bez echa i bez wpływu na dalsze losy miasta. - Działalność naszej ekipy miała dobrą prasę. Gazety się rozpisywały na skalę ogólnopolską, że w Cieszynie istnieje grupka wariatów, którzy chcą odkopać tunele. To zwabiło do Cieszyna słynnego profesora Zina, który jako Minister Kultury i Sztuki odpowiedzialny był za ochronę zabytków i muzealnictwo. Ściągnął do Cieszyna konserwatorów, zrobili konferencję i uznali, że Wzgórze Zamkowe idealnie nadaje się na skansen archeologiczny, a zamkowe pomieszczenia na Muzeum Archeologii. Decyzją profesora Zina miastu przydzielono pracownię konserwacji zabytków i etat konserwatora oraz ustalono, że przy tutejszym Technikum Budowlanym powstaną klasy kształcące przyszłych pracowników konserwacji zabytków. Choć z klas nic nie wyszło, to pracownia powstała.
(indi)
Nie chcą murowanego kościółka na Stecówce
Nie chcą murowanego kościółka na Stecówce
Znamienne jest to, iż kamień węgielny wmurowano 15 października 1957 roku, a kościół poświęcono 12 stycznia 1958 roku. Na sprzeciwienie się budowie władze nie miały już czasu, budynek stał ukończony. I tak dotrwał aż do nieszczęśliwego pożaru 3 grudnia ubiegłego roku.
Wierni chętnie odwiedzali kościół o pięknej architekturze i wnętrzu zdobionym obrazami i rzeźbami wybitnych miejscowych artystów – Konarzewskich i Wałachów. Wiele par koniecznie w tym cudownym budynku chciało wziąć ślub. Sama pamiętam koleżankę z jednej z redakcji, którą kościółek na Stecówce urzekł do tego stopnia, że na swój ślub przywiozła weselników na Stecówkę aż z Jastrzębia Zdroju. Świątynia była nie tylko miejscem kultu, ale także atrakcją turystyczną, którą pokazujący piękno Śląska Cieszyńskiego przewodnicy Beskidzcy pokazywali turystom.
Pomysł, by odbudować świątynię w wersji murowanej szczerze ich rozczarował, zasmucił i oburzył. Dlatego zaczęli działać. Powstała petycja, która krąży w sieci i można się pod nią podpisać. Znajdziemy ją pod tym adresem: (KLIKNIJ ), a jaj treść brzmi:
„Koło Przewodników Beskidzkich w Wiśle zwraca się z gorącą prośbą o zaakceptowanie odbudowy kościółka w Istebnej na Stecówce w wariancie budownictwa drewnianego. Stecówka to malowniczy zakątek Istebnej na trasie wycieczkowej na Baranią Górę. My, przewodnicy z wycieczkami turystów zawsze na tej trasie odwiedzaliśmy piękny drewniany obiekt sakralny, należący do szlaku architektury drewnianej czyli kościółek pw. Matki Boskiej Fatimskiej. Był on budowany w trudnych czasach lat 50-tych z wystrojem oryginalnej twórczości ludowej takich artystów jak: Jan Wałach, Ludwik Konarzewski, Jan Krężelok , Jan Bojko i wielu innych. Po nieszczęśliwym pożarze kościółka 3 grudnia ubiegłego roku, wiemy, że zaraz nastąpiła mobilizacja mieszkańców całej Trójwsi aby odbudować kościółek w wersji identycznej konstrukcji drewnianej. Jest dla nas dużym zaskoczeniem rozważana podobno propozycja budowy nowego kościółka jako budowli murowanej. My, turyści i wszyscy mieszkańcy mamy w pamięci urokliwy drewniany kościółek i nie wyobrażamy sobie, aby w tym krajobrazie mogła powstać sakralna budowla betonowa. Przykładem może być odbudowa po pożarze w 1994r drewnianego kościółka pw. Św. Krzyża w Rdzawce na Obidowej. Zwracamy się z gorącym apelem do ks. Biskupa o przychylenie się do naszej prośby, aby udzielił zezwolenia na budowę drewnianego kościółka w Istebnej na Stecówce.
Z turystycznym pozdrowieniem Maria Michnik.”
Z poprzedniego artykułu, jaki opublikowaliśmy na temat odbudowy (czytaj: Stecówka - kościół murowany ) wynikało, iż decyzję ordynariusz Diecezji Bielsko - Żywieckiej bp Roman Pindel podjął na wniosek parafian ze Stecówki. Jednak docierały do naszej redakcji liczne głosy informujące, iż nie była to wola ogółu parafian, a jedynie części z nich, a ponadto doszło do nieporozumienia, gdyż większość opowiadających się za odbudową kościoła parafian źle zrozumiała zadane im pytanie. Ochoczo odpowiadali, że są za odbudową kościoła myśląc, że pod słowem odbudowa kryje się odtworzenie tego, co było, nie znali pomysłu budowania nowej świątyni w postaci murowanej, więc do głowy nie przyszło im dopytywać o formę odbudowy, gdy pytano ich, czy są za odbudową. Jak informują poszczególni mieszkańcy, to z mediów dopiero dowiedzieli się, że kościół ma być murowany. Rwetes podniosły także inne osoby, nie będące parafianami na Stecówce, jednak związane z dawnym kościółkiem sentymentem, ci, którzy brali w nim śluby, ci, którzy zdążyli już ofiarować datki na odbudowę. – Jako mała parafia sami nie poradzimy sobie z odbudową. Musimy liczyć na pieniądze z zewnątrz, a nie da się ukryć, że kościółek będący atrakcją turystyczną i mający wspaniały klimat przyciągał tu nie tylko licznych turystów, ale także osoby chcące właśnie tutaj wziąć ślub, co niewątpliwie bardzo pomagało utrzymać kościół. Uważam, że nie możemy zawieść i rozczarować tych ludzi budując w miejsce ich ulubionej świątyni kościoła murowanego – powiedział nam jeden z parafian (imię i nazwisko do wiadomości redakcji).
Oburzony pomysłem postawienia w tym miejscu murowanego kościoła jest Henryk Kukuczka, którego dziadek przed laty podarował ziemię pod budowę kościółka, a on sam wspólnie z bratem dopiero w 1981 roku dokończył niedopełnione formalności darowując kurii biskupiej aktem notarialnym, według woli dziadka, ziemię.
Oburzony pomysłem postawienia w tym miejscu murowanego kościoła jest Henryk Kukuczka, którego dziadek przed laty podarował ziemię pod budowę kościółka, a on sam wspólnie z bratem dopiero w 1981 roku dokończył niedopełnione formalności darowując kurii biskupiej aktem notarialnym, według woli dziadka, ziemię.
- Moje zdanie, jako jednego z parafian, jest oczywiste. Cały czas próbuję przekonywać księdza, że drzewo byłoby tańsze, gdyż go mamy i byłoby to to, co tutaj, w tym miejscu pasuje – mówi Henryk Kukuczka dodając, że zdanie wspólnoty parafialnej jest teraz bardziej jasne i klarowne, niż na początku dyskusji nad odbudowaniem kościoła. – Nie ukrywam, że na początku ludzie byli zdezorientowani. Mieli też nieprawdziwe informacje na temat przepisów przeciwpożarowych. Będziemy prosić księdza biskupa o zmianę decyzji – podkreśla Henryk Kukuczka.
We poniedziałek wieczorem (27 stycznia) zebrał się Komitet Budowy Kościółka. W spotkaniu uczestniczyli mieszkańcy okolicznych przysiółków należący do parafii na Stecówce, a także przedstawiciele lokalnych środowisk, takich, jak Oddziału Górali Śląskich ZP, Zespołu Regionalnego „Istebna”, ludzie kultury. W spotkaniu uczestniczyli m.in. Józef Michałek, Piotr Kohut, Tadeusz Papierzyński. Wszyscy oni mają nadzieję, że kościół zostanie odbudowany w wersji drewnianej, a decyzja nie podzieli parafian.
We poniedziałek wieczorem (27 stycznia) zebrał się Komitet Budowy Kościółka. W spotkaniu uczestniczyli mieszkańcy okolicznych przysiółków należący do parafii na Stecówce, a także przedstawiciele lokalnych środowisk, takich, jak Oddziału Górali Śląskich ZP, Zespołu Regionalnego „Istebna”, ludzie kultury. W spotkaniu uczestniczyli m.in. Józef Michałek, Piotr Kohut, Tadeusz Papierzyński. Wszyscy oni mają nadzieję, że kościół zostanie odbudowany w wersji drewnianej, a decyzja nie podzieli parafian.
- Mam nadzieję, że powstanie kościółek drewniany. Jeżeli mówi się o odbudowie, to mówi się o odbudowie kościoła takiego, jaki był, drewnianego. W innym wypadku mielibyśmy do czynienia z budową nowego kościoła, a nie odbudową, a to zmienia zupełnie sytuację. My, jako Oddział Górali Śląskich zdecydowanie popieramy budownictwo drewniane, które odchodzi już do historii i warto, żeby kościoły były wyrazem dorobku duchowego kultury góralskiej. Jako Oddział Górali Śląskich zdecydowanie postulujemy odbudowę kościoła w takim duchu, w jakim on powstał, jako owczarnia – mówi Józef Michałek, prezes Zarządu Oddziału Górali Śląskich.
Choć większość zarówno parafian, jak i miłośników tradycji i regionu zdecydowanie jest za odbudową drewnianego kościoła są i głosy mówiące o tym, że murowana budowla byłaby lepsza, gdyż trwalsza i pewniejsza.
- W architekturze najważniejsza jest forma. Rozumiem i jak najbardziej szanuję zapatrywania, a także z sentyment w kierunku budowli drewnianych – zwłaszcza mieszkańców Trójwsi oraz wielu turystów odwiedzających Stecówkę. Jednak nie uważam jednoznacznie, że nowy kościół na Stecówce musi być drewniany. Najważniejsza jak zwykle jest forma budowli. Jeśli byłaby to więc architektura dobrej próby, pasująca do klimatu miejsca i charakteru otoczenia oraz nawiązująca do tradycyjnego budownictwa, ale murowana, to myślę, że nic by się nie stało. Podkreślam jednak, że musiałaby to być architektura naprawdę dobra, wpasowana w krajobraz i raczej kameralna w charakterze – wypośrodkowuje oba zdania Łukasz Konarzewski z Wydziału Kultury Starostwa Powiatowego w Cieszynie.
(indi)
wtorek, 28 stycznia 2014
Smaki Japonii
W smakową podróż do Japonii wybrać się można było w poniedziałkowe popołudnie 27 stycznia odwiedzając herbaciarnię Laja na cieszyńskim Wzgórzu Zamkowym. W ramach projektu 12 smaków świata realizowanego w ramach projektu ''Młodzież w działaniu'' dofinansowanego przez Komisję Europejską zorganizowano tam degustację herbat japońskich, na którą wstęp był wolny, a herbaty każdy mógł posmakować.
Kolejne tradycyjne japońskie herbaty przygotowywał Tomaš Ruta. Zaczął od najbardziej ekskluzywnej herbaty parzonej w ramach ceremonii picia herbaty. Parzenie takiej herbaty jest trwającym dwie godziny obrzędem. Nic więc dziwnego, że traktowane jest odświętnie. Prezentując ten rodzaj herbaty Tomaš Ruta skrócił znacznie proces parzenia, jednak pokazał wszystkie jego tradycyjne elementy. Efektem końcowym była gęsta, zielona maź, której każdy mógł skosztować. Cóż ukrywać. Dla większości nieprzywykłych do tego ekskluzywnego smaku europejskich podniebień rozkoszą smakową owe cudo nie było…
Kiedy czarka z elitarną zieloną mazią obeszła już w koło sali padło pytanie, co w Japonii pije się na co dzień. Prelegent śpieszył z odpowiedzią, naturalnie również zilustrowaną zarówno pokazem procesu parzenia, tym razem dużo prostszego i szybszego, jak i degustacją. Wyjaśnił, że 98% herbat W Japonii to herbaty zielone. Praktycznie nie pije się tam innych, a nieliczne czarne są dla Japończyków dziwnymi eksperymentami. Ta codzienna herbata była już w postaci płynnej, jaką znamy z naszych domów jako herbatę, miała jednak znacznie bardziej wyrazisty smak, niż zielona herbata, którą kupujemy w naszych sklepach. Tomaš Ruta wyjaśnił, że charakterystyczny, intensywny smak kosztowana właśnie podczas degustacji herbata gyokuro zawdzięcza temu, iż przez ostatni miesiąc przed zbiorem jej plantacja jest niemal zupełnie zacieniana. – To powoduje, że po zaparzeniu herbata ta jest ciemnozielona. To tak, jak ze wszystkimi innymi roślinami. Zauważcie państwo, że te, które rosną w cieniu, na przykład mech, mają znacznie ciemniejszą zieleń, niż rosnące w nasłonecznionych miejscach. Wiąże się to z tym, że wytwarzać muszą więcej chlorofilu. Tomaš Ruta przyznał, że właśnie herbata gyokuro jest jego ulubioną i od trzech lat pije praktycznie tylko taką. Zalewa się ją dość chłodną wodą, około 60 stopni. – Nie jest to jednak sztywna reguła. Zimą zazwyczaj zalewa się wodą cieplejszą, gdyż gdy jest zimno mamy ochotę na cieplejszą herbatę – stwierdził dodając, że również uprzednie gotowanie wody na herbatę, którą później studzimy do odpowiedniej temperatury, nie jest konieczne, gdyż można wodę po prostu podgrzać jedynie do pożądanej temperatury, a zbyt długie gotowanie wodzie wcale nie służy. Zdradził także, że wodę, z której przygotowuje herbatę do degustacji wraz z kolegą dziś przynieśli świeżą ze źródła Morawki. Tym, którzy wskazywali na pianę i mętność herbaty zalanej niedogotowaną wodą z kranu wyjaśnił także, że to zależy od stopnia jej zmineralizowania oraz, że woda w cieszyńskich kranach jest dość mocno wapienna, podczas gdy ta w kranach czeskocieszyńśkich jest dużo miększa.
Wiele mówi się o zdrowotnych właściwościach herbaty, zwłaszcza zielonej. Nic więc dziwnego, że prowadzący degustację był o to pytany. Wyjaśnił, że zielona japońska herbata pozytywnie wpływa na trawienie, oczyszcza, a także pobudza, więc gdy napijemy się jej wieczorem, by zasnąć musimy później coś jeszcze zjeść. – Dawniej herbata uważana była za lek. W 1945 roku po Hiroszimie pierwsze, co zalecano ludziom, to picie zielonej herbaty, która oczyszcza i ma dużo antyoksydantów – zauważył Tomaš Ruta, którego natychmiast zapytano o herbatę po Fukuszimie. Wyjaśnił, że od tego czasu wszystkie japońskie herbaty mają certyfikaty, że były badane pod względem promieniowania.
Prelegent podał także słuchaczom praktyczną wiedzę o japońskich herbatach w pigułce. Wyjaśnił, że są trzy rodzaje pitych na co dzień herbat. Pierwsza, najbardziej podstawowa, to Bancha, która zbierana jest latem. Druga, lepszej jakości, to sencha, zbierana wiosną oraz najbardziej ekskluzywna spośród codziennych, nazwijmy to herbat – gyokuro, również zbierana wiosną, ale ostatni miesiąc rosnąca w zacienieniu.
Wykładowca, prócz informacji o samej herbacie, jej gatunkach i sposobach parzenia wspomniał również o kulturowym aspekcie parzenia herbaty. Przyznał wprawdzie, że Japończykom w ich tradycji daleko do Chińczyków, gdyż Japończycy parzą i piją herbatę dopiero od tysiąca lat, podczas gdy Chińczycy od ponad dwóch tysięcy, jednak te tysiąc lat wystarczyło, by wokół herbaty powstała swoista kultura, a samo parzenie stało się ważnym elementem życia społecznego.
- Bardzo charakterystyczne dla Japonii jest, że od dawna wszyscy żyli tam razem i bardzo blisko siebie. My narzekamy, że mamy mało przestrzeni życiowej, ale nie byliśmy w Japonii i nie mamy porównania, jak jest tam… Oni musieli nauczyć się razem żyć - zauważył Tomaš Ruta wyjaśniając, że według Chińczyków każda herbata ma swoją, właściwą sobie energię i to właśnie dla tego różni ludzie lubią różne gatunki herbat, bo energia ulubionej herbaty harmonizuje z charakterem danego człowieka.
- Myślę, że to działa na tej zasadzie, że jak komuś jest zimno, to potrzebuje się ogrzać, jak ktoś jest szybki i zestresowany, to potrzebuje wyciszenia i według tych potrzeb podświadomie wybiera rodzaj herbaty – stwierdził Tomaš Ruta.
(indi)
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Opowiadania Hanki Spod Grónia
Sobotnie popołudnie 25 stycznia miłośnicy regionu spędzili w Muzeum Zbiory Marii Skalickiej. Promocja książki pochodzącej z Nierodzimia Stanisławy Jabłonkowej ''W NASZEJ DZIEDZINIE. Opowiadania Hanki Spod Grónia'' stała się okazją nie tylko do zaprezentowania czytelnikom nowego wydawnictwa, ale także do prawdziwej rewii folkloru.
Spotkanie ubarwił muzycznie występ grupy śpiewaczej ze Strumienia, którą stworzył nieżyjący już Jan Chmiel. Muzycy wprowadzili do spotkania, a w trakcie jego trwania zapewnili słuchaczom doskonale komponujące się z jego tematyką przerywniki muzyczne.
O samej książce i tym, jak powstała, ale także o autorce opowiedziała jej córka, Maria Kozub. Napisane lekkim piórem, pełne humoru, a zarazem bardzo wartościowe poznawczo opowiadania Stanisławy Jabłonkowej czytała Halina Pasekova, aktorka Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie. Wspaniałe teksty połączone z równie wspaniałym czytaniem stanowiły istną ucztę dla miłośników rodzimej tradycji.
Po pełnych humoru i historii zarazem tekstach i pieśniczkach przyszedł także czas na rewię żywotków zaprezentowaną przez strumieńską grupę śpiewaczą. Całkowitą niespodzianką zarówno dla gości, jak i dla organizatorów była wystawa kilkunastu żywotków przywiezionych przez Danutę Chwajol, prezes Międzygeneracyjnego Uniwersytetu Regionalnego działającego przy Polskim Związku Kulturalno Oświatowym Republice Czeskiej, która, jak tylko zobaczyła program spotkania w Ustroniu nie tylko zrezygnowała z innych planów, by koniecznie być pod Skalicą, ale także postanowiła pokazać kolekcję żywotków, która jej udało się zgromadzić.
(indi)
http://fotoreportaz.ox.pl/fotoreportaz,6375,promocja-ksiazki-w-naszej-dziedzinie.-opowiadania....html
-----------------------------------
Gości z Zaolzia nie zabrakło w sobotę, 25 stycznia w Muzeum Zbiory Marii Skalickiej w Ustroniu, gdzie zorganizowano promocję książki Stanisławy Jabłonkowej „W NASZEJ DZIEDZINIE. Opowiadania Hanki Spod Grónia”.
http://zwrot.cz/2014/01/w-naszej-dziedzinie-3/
-----------------------------------
W naszej dziedzinie
- Dzisiaj poczułam, że granicy nie ma – powiedziała po obfitującym w atrakcje dla miłośników regionu, gwary i tradycji spotkaniu Danuta Chwajol, prezes Międzygeneracyjnego Uniwersytetu Regionalnego.
Spotkanie muzycznie uatrakcyjniła Grupa Śpiewacza ze Strumienia, której członkinie na koniec zaprezentowały także rewię żywotków. Wiedząc o tym punkcie programu Danuta Chwajol przywiozła kilkanaście swoich autentycznych, skupionych od ludzi żywotków, które wszyscy chętnie obejrzeli. Irena Maliborska prowadząca Muzeum Zbiory Marii Skalickiej oraz Maria Kozub, córka Stanisławy Jabłonkowej opowiedziały o historii powstania publikacji. Kilka spośród pomieszczonych w książce opowiadań wspaniale odczytała Halina Paseková, aktorka Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, o której przeczytać można w styczniowym numerze naszego miesięcznika.
Na koniec Danuta Chwajol przekazała Muzeum najnowszy skrypt wykładów MUR-u. Irena Maliborska wyraziła też wielką radość z trwałej współpracy Muzeum z organizacjami zza Olzy. (indi)
niedziela, 26 stycznia 2014
Absurdalne przepisy?
Zbigniew Kajstura pochodzi ze Skoczowa. To w Trytonowym grodzie spędził większość życia. Choć od 10 lat mieszka w Warszawie, to jego marzeniem jest powrót ze stolicy do rodzinnego miasta. Żona, oczarowana jest Śląskiem Cieszyńskim, otaczającymi go górami i zachwycona pomysłem przeprowadzki. Kupili już nawet mieszkanie na osiedlu Górny Bór. Jest tylko jeden problem. Zbyszek jest niepełnosprawny, porusza się na wózku inwalidzkim.
Kupując mieszkanie małżonkowie wzięli to pod uwagę wybierając lokum na parterze i to tak usytuowane, by nie sprawiło problemu zrobienie podjazdu dla wózka od zewnątrz, tworząc z jednego z okien niezależne wejście do mieszkania. Przemyśleli to nawet pod tym kątem, by miejsca na budowę podjazdu było na tyle dużo, by nikomu z sąsiadów on nie przeszkadzał i nie przebiegał pod ich oknami.
Nie przewidzieli tylko jednego. Aby wybudować podjazd i zamienić jedno okno w mieszkaniu na drzwi wejściowe trzeba uzyskać pozwolenie na budowę. Z kolei aby uzyskać pozwolenie z Wydziału Architektury i Budownictwa Starostwa Powiatowego w Cieszynie, według obowiązujących przepisów Prawa Budowlanego należy uzyskać pisemną zgodę wszystkich współwłaścicieli nieruchomości. Niby logiczne. Gdyby nie to, że nieruchomość, której część, czyli jedno mieszkanie na parterze bloku mieszkalnego, składa się z… siedmiu takich bloków rozsianych na 1 działce o powierzchni 4,18 hektara. Oznacza to, że niepełnosprawny młody mężczyzna musi odwiedzić ponad dwieście pięćdziesiąt osób, by te podpisały zgodę na budowę podjazdu do jednego z bloków. Mieszkańcy pozostałych sześciu bloków najczęściej nawet nie przechodzą w pobliżu. Ale ich zgoda jest równie niezbędna, jak mieszkańców tej klatki, do której ma być wybudowany podjazd…
Zbigniew Kajstura w Skoczowie ma rodzinę i przyjaciół, którzy zaangażowali się w zdobycie pozwolenia. I tak okazuje się, że główną przeszkodą, by niepełnosprawny młody człowiek mógł godnie żyć w ukochanym Skoczowie i być w miarę samodzielny nie są pieniądze, gdyż na budowę spełniającego wszelkie normy i przepisy podjazdu pieniądze ma już odłożone, a biurokratyczne przepisy. Jak wyjaśnił naczelnik Wydziału Architektury i Budownictwa Starostwa Powiatowego przepis jest przepisem i nie da się go pominąć przy wydawaniu pozwolenia na budowę. Co zatem planuje Zbyszek i jego przyjaciele? -Zamierzamy dotrzeć do wszystkich właścicieli mieszkań z tych siedmiu bloków z prośbą, by podpisali zgodę. Mamy nadzieję, że nikt nie odmówi. Przecież to nic ich nie kosztuje, podjazd nikomu nie będzie przeszkadzać, a efektem będzie uśmiech Zbyszka – mówi Leszek Suder, przyjaciel Zbyszka, który kieruje całą akcją przygotowania dokumentów umożliwiających Zbyszkowi wybudowanie podjazdu do swojego mieszkania.
Zbigniewowi Kajsturze, z którym rozmawialiśmy wykorzystując nowoczesną technologię przez komunikator internetowy z kamerą, oczy aż się lśnią na myśl o powrocie do Skoczowa i mieszkaniu, które będzie jego ostoją, ale nie więzieniem. - Mając podjazd mógłbym sam wyjechać z mieszkania, sam pojechać na rehabilitację, pomóc żonie w prowadzeniu domu, pojechać po zakupy czy po prostu wyjechać z domu na świeże powietrze, spotkać się z kolegami – rozmarza się Zbyszek. Mimo, iż w tej chwili uwięziony jest w mieszkaniu i skazany na pomoc innych, uśmiech nie schodzi niemal z jego pogodnej twarzy. Stara się żyć, na ile to w jego sytuacji możliwe, pełnią życia. - Leciałem już motolotnią, jeździłem konno – cieszy się przykuty do wózka młody, 36-letni mężczyzna. Dodaje, że teraz, jak ma jechać na rehabilitację, podjeżdża specjalny samochód, do którego mieści się wózek, a z mieszkania po schodach wynieść go musi co najmniej dwóch rosłych mężczyzn. – Razem z wózkiem ważę 80 kg, mają co nosić. O ile prościej dla wszystkich byłoby, gdybym mógł sam wyjechać z mieszkania… - marzy. Czy jego marzenia się spełnią?
- Mamy nadzieję, że nie znajdzie się nikt, kto nie podpisałby zgody na budowę podjazdu. Jednak zdajemy sobie sprawę, że możemy natrafić na inny problem. Przecież niektórzy właściciele mieszkań mogą wcale w nich nie mieszkać, a co gorsza nie mieszkać w Skoczowie czy nawet w kraju. Dotarcie do takich osób może być nie lada wyzwaniem. Z myślą o tym zgodę napisaliśmy nie na jednej liście, a na osobnych, które, w razie potrzeby, będziemy wysyłać choćby za morze. By to jednak zrobić, musimy zdobyć kontakty do tych właścicieli, którzy nie przebywają z Skoczowie. Z księgi wieczystej mamy tylko listę właścicieli z imieniem, nazwiskiem i numerem posiadanego mieszkania. Nic więcej. Apelujemy więc do mieszkańców tych feralnych siedmiu bloków: G. Morcinka 5, Górny Bór 3, 4, 5, 6, 7 o pomoc w dotarciu do właścicieli poszczególnych mieszkań – wyjaśnia Leszek Suder. Jednocześnie podaje swój email: lech75@poczta.fm oraz telefon:605139619 prosząc mieszkańców wspomnianych bloków o pomoc.
(indi)
Jak konserwować starodruki
Ci, których interesuje, jak konserwuje się stare, zabytkowe książki mogli nie tylko się tego dowiedzieć i zobaczyć, ale nawet samemu wziąć udział w pracach konserwatorskich. Książnica Cieszyńska 24 stycznia zaproponowała chętnym pokaz konserwacji dawnej książki prowadzony przez Łucję Brzeżycką, która zajmuje się tym w Książnicy na co dzień.
Szefowa Działu Ochrony i Konserwacji Zbiorów Książnicy Cieszyńskiej wpierw wprowadziła przybyłych na prezentację w tematykę ochrony zabytkowych kolekcji książkowych oraz ich konserwacji i napraw. Po omówieniu teorii przyszedł czas na pokazy praktyczne. W trakcie zwiedzania pracowni introligatorskiej przedstawiła podstawowe mechanizmy ochrony zbiorów oraz kolejne zadania, jakie stoją przed introligatorem. Zwiedzający nie tylko zobaczyli zniszczone książki, nad których konserwacją właśnie pracuje się w pracownicy, ale także same procesy konserwatorskie.
Pracownice introligatorni pokazywały na przykład, jak czyści się karty starych książek przy pomocy sproszkowanej gumki. Wyjaśniły, że oprócz zalania książki niszczone są także przez bakterie oraz szkodniki. Każdy z uczestników pokazów chętnie zaglądał do mikroskopu, gdzie zobaczyć można było robaka wyłowionego z któregoś z cennych starodruków. Panie pokazały, jak oprawia się naprawioną już książkę, dzięki czemu uczestnicy pokazu już wiedzą, dlaczego na przykład na grzbietach starych, choć również tych nowych, lecz oprawianych tradycyjnym sposobem ksiąg zawsze są charakterystyczne poziome wypukłości, czy jak łączone są kartki, by się nie rozlatywały (co niestety jest częstą przypadłością nowoczesnych, sklejanych tylko książek), a zarazem łatwo się otwierały oraz wielu innych ciekawostek.
Kolejnym etapem pokazu było przejście do tak zwanej pracowni mokrej, gdzie zaprezentowane zostało m.in. maszynowe uzupełnianie ubytków w konserwowanych kartach. Młodzież uczestnicząca w pokazie, a także dorośli z wielkim zaciekawieniem przyglądali się wpierw jak w blenderze rozmiksowuje się masę papierową, później jak moczy się kartkę starej księgi, na której atrament o dziwo wcale nie rozpuścił się podczas kąpieli, co Łucja Brzeżycka wyjaśniła zdziwionym słuchaczom zupełnie innym atramentem oraz papierem książkowym. Największe zdumienie oglądających wywołał etap uzupełniania ubytków. Kartka z wyszarpanymi dziurami na brzegach została ułożona na specjalnym sicie w specjalnej maszynie, zalana wodą, a następnie wodą z rozmasowanymi w niej drobinkami masy papierowej. Masa wypełniła posmarowane wcześniej specjalnym klejem miejsca ubytków, a kartka po osuszeniu na kolejnej specjalnej maszynie była już uzupełniona. Uczestnicy pokazów po kolei brali do ręki pędzelek i drążącymi z wrażenia rękoma smarowali specjalnym klejem ubytki w dwustuletniej stronicy. Pokazy bowiem odbywały się na oryginałach.
- Zawsze staramy się pokazy robić pracując z oryginalnymi zabytkami, które aktualnie konserwujemy. Przygotowywanie sztucznych eksponatów moim zdaniem byłoby bezsensowną stratą czasu, zwłaszcza, że jednak oryginał zawsze będzie wyglądał inaczej – wyjaśnia Łucja Brzeżycka.
Wszyscy uczestnicy piątkowych pokazów z Książnicy wyszli zadowoleni, że zobaczyli coś niezwykle ciekawego. Nie jest to jednak koniec propozycji Książnicy Cieszyńskiej na ferie, kierowanej gównie do młodzieży szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, choć przyjść mogą również zainteresowani uczniowie szkół podstawowych czy dorośli.
Na poniedziałek 27 stycznia przewidziano zajęcia - jak korzystać ze zbiorów Książnicy Cieszyńskiej, które mają na celu przybliżyć wiedzę o korzystaniu ze zbiorów bibliotecznych (nie tylko Książnicy Cieszyńskiej), pozwalające zyskać umiejętność posługiwania się bibliografiami, katalogami, komputerowymi bazami danych, zasobami cyfrowymi itd. Uczestnicy warsztatów zdobędą kompetencje niezbędne przy prowadzeniu kwerend oraz pisaniu referatów, prac semestralnych, magisterskich.
We wtorek, 28.01 wybrać się można na podróż w czasie i technologii pod hasłem od pergaminu do e-booka. Będzie to przystępna, bogato ilustrowana i odwołująca się do zbiorów Książnicy Cieszyńskiej prezentacja poświęcona historii książki od starożytności aż po czasy współczesne. Uczestnicy zajęć zapoznają się z rolą książki w historii naszej cywilizacji oraz wpływem, jaki na jej znaczenie w życiu jednostki i społeczeństwa wywierały zmiany w formie (pismo, materiał piśmienniczy, zdobnictwo, oprawa etc.) oraz obiegu. Wspólnie poszukiwać będą tego, co w książce, mimo upływu wieków, pozostało niezmienne.
W środę, 29.01 spotkanie zatytułowane „Habent sua fata libelli” – losy książek i ich właścicieli. Poznamy superekslibris, ekslibris, pieczęć, adnotację, czyli mowa będzie o rodzajach znaków własnościowych umieszczanych w książkach, o tym kto i dlaczego je stosował, jakie znaki znajdziemy w książkach z biblioteki królewskiej a jakie w książkach z domu chłopskiego, a także czego można się dowiedzieć o ludziach, właścicielach starej książki, a także o wpływie, jaki wywierała na swoich czytelników, odczytując ślady, jakie w niej pozostawiono.
W czwartek, 30.01 – Historia Śląska Cieszyńskiego wśród książek ukryta, czyli adresowana do młodych odbiorców opowieść o dziejach Śląska Cieszyńskiego, osnuta wokół książek, które wpływały w przeszłości na losy regionu i jego mieszkańców. Bogato ilustrowana prezentacja, w całości oparta na zbiorach Książnicy Cieszyńskiej, przez pryzmat wybranych rękopisów i druków ukazująca kolejne epoki, zjawiska i wydarzenia w dziejach Śląska Cieszyńskiego, poczynając od średniowiecza, aż po wiek XX.
W piątek natomiast, 31.01 Szlachta cieszyńska – tajemnice warsztatu heraldyka i genealoga. Uczestnicy dowiedzą się, jakie rody szlacheckie żyły na Śląsku Cieszyńskim, co po nich pozostało, a także czym zajmują się genealodzy, a czym heraldycy, jakie źródła są pomocne w badaniach nad przeszłością stanu szlacheckiego oraz poszczególnych rodów, wreszcie jak rozpocząć prace nad zrekonstruowaniem historii własnej rodziny.
(indi)
Subskrybuj:
Posty (Atom)