Promocję Kalendarza Ustrońskiego zorganizowano w sobotnie popołudnie 29 listopada w Muzeum Ustrońskim. Siedemnasty już rocznik Kalendarza Ustrońskiego przedstawił Czytelnikom dyrektor Biblioteki Miejskiej w Ustroniu Krzysztof Krysta. Na wstępie swej prezentacji kalendarza zacytował, prócz definicji, czym jest kalendarz, spostrzeżenie Jana Szczepańskiego zamieszczone w pierwszym roczniku kalendarza Ustrońskiego brzmiące: „rzućmy jeszcze krótkie spojrzenie na rolę kalendarza jako środka wychowawczego. W ciągu wieków ukształtowała się jego funkcja pedagogiczna wynikająca z pośrodkowania pomiędzy podręcznikiem, instrukcją praktyczną, dziełem literatury pięknej, materiałem historycznym, pismem propagandowym. To wyliczenie pokazuje wielość możliwych funkcji wynikających z wielości zadań. (…) Kalendarze wydzielają fragmenty czasu, przekazując je ludziom do „obróbki” do tworzenia na nowo”.
- Myślę, że jest to znakomite podsumowanie roli i wagi kalendarza w naszym życiu – stwierdził Krzysztof Krysta wyliczając wszystkie kalendarze wydawane w gminach powiatu cieszyńskiego. - W dobie ciągłego narzekania i permanentnego pesymizmu zauważmy to, czym możemy się co roku cieszyć, czym możemy się pochwalić. To, że mamy kalendarz wcale nie jest takie zwykłe i powszechne. Doceńmy to – stwierdził Krzysztof Krysta.
Omawiając Kalendarz Ustroński Krzysztof Krysta zauważył, że pomijając ten najnowszy, prezentowany, dotychczas na łamach kalendarza Ustrońskiego gościło 330 twórców, a gros z nich wzbogacało kalendarz wielokrotnie.- Chciałbym też zwrócić uwagę na to, że tak znaczące prezentacja prac najmłodszych mieszkańców naszego miasta pojawia się po raz pierwszy. W czasach wiecznego, często nieuzasadnionego narzekania na dzieci i młodzież warto choć na chwilę pochylić się nad ich talentem i go dostrzec – zauważył Krzysztof Krysta.
Tegoroczny kalendarz Ustroński powstał pod redakcją Moniki Niemiec i Kazimierza Heczki przy współpracy Danuty Koenig. Okładkę zdobi akwarela Bogusława Heczki, a całość publikacji nie ujrzałaby światła dziennego bez wsparcia sponsorów i społecznego zaangażowania wielu osób.
Podczas spotkania w Muzeum nie zabrakło także programu artystycznego. Postawiono na młode talenty i wybór okazał się bardzo trafny, bo zarówno gitarzysta Radek Stojda z SP 2 w Ustroniu, jak i piosenkarka Milena Szypuła z SP 6 wzbudzili zachwyt publiczności. Na koniec spotkania dyskutowano już w luźnej formie przy kawie, herbacie i ciastkach o sprawach kalendarza, Ustronia, Śląska Cieszyńskiego.
A co znajdziemy w Kalendarzu Ustrońskim na rok 2015? Oprócz kalendarium najważniejszych ustrońskich dat znajdziemy szereg ciekawych artykułów. Przeczytamy m.inn. artykuły o początkach samorządności w Ustroniu Andrzeja Georga, o Bolko Kantorze Andrzeja Drobika, jak rodziło się muzeum w Ustroniu Lidii Szkaradnik, gwarowy tekst o targu Marii Nowak, wspomnienia o ludoznawcy Janie Szymiku Jerzego Brannego, o działalności kół gospodyń wiejskich Moniki Niemiec, ale też sporo romantyzmu, czyli tekst o miłości Juliana Tuwima Ireny Maliborskiej czy miłość nad rozlewiskiem Marii Nowak, a także sporo przydatnej wiedzy praktycznej, jak ta o dzikich grzybach spisana dla czytelników Kalendarza Ustrońskiego przez Aleksandra Dordę. Nie brakuje także poezji. Słowem – zapraszamy do lektury, bo każdy w Kalendarzu Ustrońskim z pewnością znajdzie coś, co go zainteresuje!
(indi)
niedziela, 30 listopada 2014
Już jest Kalendarz Ustroński
Do rąk Czytelników trafił właśnie kolejny z regionalnych kalendarzy - Kalendarz Ustroński na rok 2015. Znajdziemy w nim solidną porcję podanej w ciekawy sposób wiedzy o regionie interesującej nie tylko dla ludzi związanych z Ustroniem, ale dla wszystkich fascynujących się regionem Śląska Cieszyńskiego.
Cieszyn ma już turystyczne znaczki
Znaczki turystyczne za naszą południową granicą są bardzo popularną pamiątką z turystycznych wypraw. A że granicy nie ma, a miłośnicy lokalnej turystyki wędrują po szlakach górskich i miejskich po obu stronach Olzy, turystom z lewego jej brzegu zawsze na prawym brakowało możliwości zakupienia pamiątkowych turystycznych znaczków. Zmieniło się to przynajmniej w Cieszynie, gdzie od niedawna można kupić je w Informacji Turystycznej Pod Ratuszem.
- Wśród zagranicznych turystów odwiedzających nasze piękne miasto i Cieszyńskie Centrum Informacji jest oczywiście najwięcej Czechów. A z różnorodnych pytań jednym z najczęściej powtarzanych było i jest czy są turisticke znamki. Chcąc wyjść naprzeciw naszym sąsiadom i wszystkim innym turystom pracownicy CCI – Stowarzyszenia Rozwoju i Współpracy Regionalnej „OLZA” spowodowali, że są już u nas Znaczki Turystyczne, uwidaczniające największe i najbardziej charakterystyczne nasze zabytkowe obiekty, czyli Rotundę Świętego Mikołaja z Wieżą Piastowską, Studnię Trzech Braci i Ratusz – mówi pracująca w Informacji Turystycznej Henryka Jałowiec wyjaśniając, że pomysł promocji miejsc atrakcyjnych turystycznie zrodził się właśnie w Czechach i najbardziej jest tam rozpowszechniony, ale w niedługim czasie zagościł też w wielu krajach Europy i również w Polsce.
- Znaczek Turystyczny wyznacza miejsce, do którego dotarł turysta, a są to zamki, miasta, szczyty górskie, jaskinie, biegi rzek, zabytki techniki i wiele, wiele innych. Jest on też zachętą do zwiedzania tych miejsc, a jednocześnie wyjątkową pamiątką. Bardzo trafnie i interesująco zostało nasze miasto i znaczki opisane na stronie www.znaczki-turystyczne.pl . Z tej strony dowiemy się też o całej procedurze zamawiania i powstawania znaczków. Każdy znaczek ma nadany swój numer i wszędzie w dostępnych punktach sprzedaży jednakową cenę 7zł – informuje Henryka Jałowiec.
(indi)
- Znaczek Turystyczny wyznacza miejsce, do którego dotarł turysta, a są to zamki, miasta, szczyty górskie, jaskinie, biegi rzek, zabytki techniki i wiele, wiele innych. Jest on też zachętą do zwiedzania tych miejsc, a jednocześnie wyjątkową pamiątką. Bardzo trafnie i interesująco zostało nasze miasto i znaczki opisane na stronie www.znaczki-turystyczne.pl . Z tej strony dowiemy się też o całej procedurze zamawiania i powstawania znaczków. Każdy znaczek ma nadany swój numer i wszędzie w dostępnych punktach sprzedaży jednakową cenę 7zł – informuje Henryka Jałowiec.
(indi)
Anielski Młyn miele pełną parą
Zakończył się trzymiesięczny projekt warsztatów rytmicznych w Klubie Muzycznym Anielski Młyn w Cieszynie. Nieformalna grupa, która stworzyła to miejsce i projekt, pozyskała na ten cel dotację z programu grantowego FIO Śląskie Lokalnie, którego jednym z biur regionalnych jest Stowarzyszenie Cieszyńskiej Młodzieży Twórczej, które już ósmy rok realizuje w powiecie cieszyńskim inny lokalny program grantowy - Działaj Lokalnie, ma więc w tym zakresie spore doświadczenie.
Z warsztatów rytmicznych skorzystało kilkadziesiąt dzieci i młodzieży z Cieszyna. – Na moich warsztatach rekordowa jednorazowa ilość uczestników to było dziewiętnastu, nie licząc kadry organizacyjnej. Musieliśmy rozkręcać perkusję na najdrobniejsze elementy, żeby każdy miał na czym grać – wspomina Artur Cygan znany w Cieszynie jako Dragon, pomysłodawca stworzenia Anielskiego Młyna. Do Anielskiego Młyna przychodzi różna młodzież. Ze szkoły muzycznej, ale nie tylko. Wszyscy, którzy chcą grać. Miejsce to jest czynne codziennie popołudniu, mniej więcej tak, jak kończą się lekcje w szkołach, około 15:00, 16:00. Można tu przyjść, spędzić czas, pograć na instrumentach, napić się kawy, herbaty. – Przychodziła różna młodzież. Grali sobie i powstał zespół, który dzisiaj zagra swój pierwszy koncert – mówił w piątkowe popołudnie 28 listopada, na ostatnich warsztatach realizowanych w ramach projektu Dragon. Po warsztatach zagrał zespół Trzy Piąte. Dzieci, które uczestniczyły wcześniej w warsztatach zagrały na bębenkach wspólnie z zaproszonym gościem, a występ sprawił wiele radości i występującym, i widzom.
O pomyśle stworzenia miejsca, gdzie młodzież mogłaby się spotykać, uczyć się grać na instrumentach, spędzać wolny czas pisaliśmy we wrześniu - czytaj: Nowe oblicze targowej - Projekt zrobiliśmy na próbę. Miałem wrażenie, że takie miejsce i takie warsztaty są potrzebne w Cieszynie dla młodzieży cieszyńskiej, która szlaja się po ulicach. Zrobiliśmy trzymiesięczną próbę i się okazało, że jest bardzo potrzebne – mówi "Dragon" dodając, że równolegle do prowadzonych przez niego piątkowych warsztatów bębniarskich inna wolontariuszka, Kinga Krupska prowadziła w poniedziałki warsztaty teatralne. – Później te warsztaty zaczęliśmy robić także na zewnątrz, wychodziliśmy z nimi do ludzi. Kinga poszła z tymi warsztatami do domu dziecka – mówi "Dragon" wyjaśniając, że jednym z elementów warsztatów teatralnych były zajęcia pod hasłem zdemaskuj się. Dzieci robiły na nich maski – swoje odlewy twarzy z gipsu, po czym malowały je tak, by wyrażały jakieś emocje. – Chodziło o to, żeby zdjąć te emocje, pogadać o nich – wyjaśnia Dragon. To, że projekt faktycznie jest ciekawy i wartościowy potwierdza choćby fakt, że Telewizja Katowice mając zrobić program o projekcie FIO Śląskie Lokalnie musząc wybrać z realizowanych na terenie Województwa Śląskiego 130 projektów cztery wybrała właśnie cieszyńskie warsztaty w Anielskim Młynie.
Zakończył się projekt realizowany w ramach FIO Śląskie Lokalnie, co jednak wcale nie oznacza, że to koniec muzycznych spotkań w Anielskim Młynie. Chętna młodzież nadal może tutaj przychodzić. Są też nowe pomysły. -Bardzo chcielibyśmy zrobić tutaj takie studio nagrań amatorskich, żeby te amatorskie kapelki, twórcy cieszyńscy mogli się nagrać. Bo nie mają się gdzie nagrywać. Studia są bardzo drogie. Jak zbierzemy pieniądze i sprzęt, to zrobimy tutaj takie studio, gdzie młodzi z okolicy będą mogli przyjść i uwiecznić to, co robią. Będziemy też nagrywać tutaj koncerty – marzy Dragon.
Jak zatem działa Anielski Młyn? Niesamowicie! Wszystko na zasadzie społecznej pracy ludzi zaangażowanych w pomysł. W dodatku nie jest to żadna fundacja czy nawet stowarzyszenie, a po prostu nieformalna grupa ludzi chcących coś pozytywnego zrobić dla innych. - Wszystko opiera się na wolontariuszach. To wolontariusze tutaj sprzątają, robią kawę, herbatę, pomagają opanować jakiś instrument, słowem – wszystko. Jako członkowie Klubu składamy się comiesięcznie minimum 17 zł. Z tego płacimy prąd, kupujemy struny do gitar. Czasem dokładają coś rodzice przychodzących na nasze zajęcia dzieci. Stoi zawsze kubeczek, do którego kto chce coś wrzuca – wyjaśnia Dragon. Spytany, czy to wystarcza na opłacenie czynszu i prądu zaprzecza. – Nie. Trzeba pracować na budowie i dokładać do tego. Ale myślę, że warto – mówi bez zastanowienia. – Niesamowicie pomaga nam też właściciel kamienicy, który przymyka oko na nie do końca zapłacony czynsz. W zasadzie co miesiąc mamy jakieś braki finansowe. Nie korzystaliśmy dotychczas z żadnej pomocy finansowej miasta. Wszystko jest takie bardzo niezależne. Ale jak nie będziemy dalej wyrabiać się finansowo, to trzeba będzie pomyśleć o założeniu jakiejś fundacji i szukać jakichś poważniejszych sponsorów – rozważa Dragon.
O pomyśle stworzenia miejsca, gdzie młodzież mogłaby się spotykać, uczyć się grać na instrumentach, spędzać wolny czas pisaliśmy we wrześniu - czytaj: Nowe oblicze targowej - Projekt zrobiliśmy na próbę. Miałem wrażenie, że takie miejsce i takie warsztaty są potrzebne w Cieszynie dla młodzieży cieszyńskiej, która szlaja się po ulicach. Zrobiliśmy trzymiesięczną próbę i się okazało, że jest bardzo potrzebne – mówi "Dragon" dodając, że równolegle do prowadzonych przez niego piątkowych warsztatów bębniarskich inna wolontariuszka, Kinga Krupska prowadziła w poniedziałki warsztaty teatralne. – Później te warsztaty zaczęliśmy robić także na zewnątrz, wychodziliśmy z nimi do ludzi. Kinga poszła z tymi warsztatami do domu dziecka – mówi "Dragon" wyjaśniając, że jednym z elementów warsztatów teatralnych były zajęcia pod hasłem zdemaskuj się. Dzieci robiły na nich maski – swoje odlewy twarzy z gipsu, po czym malowały je tak, by wyrażały jakieś emocje. – Chodziło o to, żeby zdjąć te emocje, pogadać o nich – wyjaśnia Dragon. To, że projekt faktycznie jest ciekawy i wartościowy potwierdza choćby fakt, że Telewizja Katowice mając zrobić program o projekcie FIO Śląskie Lokalnie musząc wybrać z realizowanych na terenie Województwa Śląskiego 130 projektów cztery wybrała właśnie cieszyńskie warsztaty w Anielskim Młynie.
Zakończył się projekt realizowany w ramach FIO Śląskie Lokalnie, co jednak wcale nie oznacza, że to koniec muzycznych spotkań w Anielskim Młynie. Chętna młodzież nadal może tutaj przychodzić. Są też nowe pomysły. -Bardzo chcielibyśmy zrobić tutaj takie studio nagrań amatorskich, żeby te amatorskie kapelki, twórcy cieszyńscy mogli się nagrać. Bo nie mają się gdzie nagrywać. Studia są bardzo drogie. Jak zbierzemy pieniądze i sprzęt, to zrobimy tutaj takie studio, gdzie młodzi z okolicy będą mogli przyjść i uwiecznić to, co robią. Będziemy też nagrywać tutaj koncerty – marzy Dragon.
Jak zatem działa Anielski Młyn? Niesamowicie! Wszystko na zasadzie społecznej pracy ludzi zaangażowanych w pomysł. W dodatku nie jest to żadna fundacja czy nawet stowarzyszenie, a po prostu nieformalna grupa ludzi chcących coś pozytywnego zrobić dla innych. - Wszystko opiera się na wolontariuszach. To wolontariusze tutaj sprzątają, robią kawę, herbatę, pomagają opanować jakiś instrument, słowem – wszystko. Jako członkowie Klubu składamy się comiesięcznie minimum 17 zł. Z tego płacimy prąd, kupujemy struny do gitar. Czasem dokładają coś rodzice przychodzących na nasze zajęcia dzieci. Stoi zawsze kubeczek, do którego kto chce coś wrzuca – wyjaśnia Dragon. Spytany, czy to wystarcza na opłacenie czynszu i prądu zaprzecza. – Nie. Trzeba pracować na budowie i dokładać do tego. Ale myślę, że warto – mówi bez zastanowienia. – Niesamowicie pomaga nam też właściciel kamienicy, który przymyka oko na nie do końca zapłacony czynsz. W zasadzie co miesiąc mamy jakieś braki finansowe. Nie korzystaliśmy dotychczas z żadnej pomocy finansowej miasta. Wszystko jest takie bardzo niezależne. Ale jak nie będziemy dalej wyrabiać się finansowo, to trzeba będzie pomyśleć o założeniu jakiejś fundacji i szukać jakichś poważniejszych sponsorów – rozważa Dragon.
(indi)
sobota, 29 listopada 2014
Kazachstan - góry w niebiosach
Już nie palcem po mapie, a dzięki prelekcjom podróżniczym ci, którzy nie mają możliwości dalekich wojaży zwiedzają świat. Tak było i w piątkowe popołudnie 28 listopada w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie, gdzie grupa Gorole z Zaolzia przedstawiła swą prelekcję multimedialną ''Tien Szan ? góry w niebiosach. Kazachstan 2013''.
- Na co dzień wykonują bardzo poważne zawody, ale raz w roku planują wyprawę, którą trudno nazwać wycieczką czy wakacjami. Wyprawę turystyczną, którą od A do Zet planują sobie sami. My najczęściej oddajemy się w ręce biur podróży, a tutaj mamy prawdziwych podróżników – przedstawiła prelegentów dyrektor Biblioteki Miejskiej w Cieszynie Izabela Kula.
Na wyprawę członkowie zaolziańskiej grupy wyruszyli w piątkę: Roman Janusz, Jerzy Franek, Tadeusz Szymik, Marian Szczepański, Michał Pastuszek. Mieli ogromne, ważące ponad 30 kg plecaki, co akurat było ich najmniej przyjemnym wspomnieniem z wyprawy. Sporym kłopotem była konieczność noszenia ze sobą dużej ilości żywności, wędrowali bowiem przez całkowicie odludne tereny.
Dolecieli bez problemów ukraińskimi liniami lotniczymi z Pragi przez Kijów do Ałmaty. – Tien Szan to ogromne góry o długości 2800 km, ciągną się przez kilka państw, najbardziej na północ wsunięta część leży na terytorium Kazachstanu - wyjaśnia Roman Janusz. Wyjaśnił też, że Kazachstan jest dziewiątym największym państwem na świecie. Stwierdził, że nie potrafi powiedzieć, ile razy większy od Polski, ale obliczył, że zmieściłoby się w nim 35 Republik Czeskich. Natomiast ma jedną z najmniejszych gęstości zaludnienia, tylko 6 mieszkańców na kilometr kwadratowy.
- Jest to ziemia, która zachwyca piękną przyrodą i my staraliśmy się właśnie tą przyrodę poznać – mówił prelegent nie tylko opisując, ale także pokazując na slajdach malownicze szczyty Niebiańskich Gór z ośnieżonymi lodowcami i stepami u podnóży. Przyznał, że poznali tylko mały skrawek tych ogromnych gór, najbardziej północną część. Widzowie za pośrednictwem podróżników obejrzeli piękne góry, parki narodowe, piaskowe wydmy, głębokie kaniony rzeczne oraz miasto Ałmaty. Celem Zaolziaków była część południowo-wschodnia, gdzie leży też Ałma-Ata, dziś częściej nazywana Ałmaty. Kiedyś było to główne miasto Kazachstanu, od 1997 r. stolicą jest leżąca bardziej w centrum kraju Astana, ale Ałmaty została ośrodkiem kulturalnym i finansowym.
W przyszłym roku Gorole świętować będą piętnastą rocznicę swej działalności. Mają już na tą okazję konkretne plany. Chcą w przyszłym roku wyjechać w największe góry świata – Himalaje. Z pewnością po powrocie podzielą się ze słuchaczami organizowanych w regionie prelekcji wrażeniami, opowieściami i zdjęciami. Natomiast w bliższej przyszłości, już dzisiaj, w piątek 28 listopada można wybrać się z nimi w wirtualna podróż do Gruzji wyjeżdżając zaledwie do Karwiny Frysztatu, gdzie o 18.00 w Domu PZKO przedstawią prelekcję multimedialną Gruzja-powrót do raju pod Kaukazem.
Na wyprawę członkowie zaolziańskiej grupy wyruszyli w piątkę: Roman Janusz, Jerzy Franek, Tadeusz Szymik, Marian Szczepański, Michał Pastuszek. Mieli ogromne, ważące ponad 30 kg plecaki, co akurat było ich najmniej przyjemnym wspomnieniem z wyprawy. Sporym kłopotem była konieczność noszenia ze sobą dużej ilości żywności, wędrowali bowiem przez całkowicie odludne tereny.
Dolecieli bez problemów ukraińskimi liniami lotniczymi z Pragi przez Kijów do Ałmaty. – Tien Szan to ogromne góry o długości 2800 km, ciągną się przez kilka państw, najbardziej na północ wsunięta część leży na terytorium Kazachstanu - wyjaśnia Roman Janusz. Wyjaśnił też, że Kazachstan jest dziewiątym największym państwem na świecie. Stwierdził, że nie potrafi powiedzieć, ile razy większy od Polski, ale obliczył, że zmieściłoby się w nim 35 Republik Czeskich. Natomiast ma jedną z najmniejszych gęstości zaludnienia, tylko 6 mieszkańców na kilometr kwadratowy.
- Jest to ziemia, która zachwyca piękną przyrodą i my staraliśmy się właśnie tą przyrodę poznać – mówił prelegent nie tylko opisując, ale także pokazując na slajdach malownicze szczyty Niebiańskich Gór z ośnieżonymi lodowcami i stepami u podnóży. Przyznał, że poznali tylko mały skrawek tych ogromnych gór, najbardziej północną część. Widzowie za pośrednictwem podróżników obejrzeli piękne góry, parki narodowe, piaskowe wydmy, głębokie kaniony rzeczne oraz miasto Ałmaty. Celem Zaolziaków była część południowo-wschodnia, gdzie leży też Ałma-Ata, dziś częściej nazywana Ałmaty. Kiedyś było to główne miasto Kazachstanu, od 1997 r. stolicą jest leżąca bardziej w centrum kraju Astana, ale Ałmaty została ośrodkiem kulturalnym i finansowym.
W przyszłym roku Gorole świętować będą piętnastą rocznicę swej działalności. Mają już na tą okazję konkretne plany. Chcą w przyszłym roku wyjechać w największe góry świata – Himalaje. Z pewnością po powrocie podzielą się ze słuchaczami organizowanych w regionie prelekcji wrażeniami, opowieściami i zdjęciami. Natomiast w bliższej przyszłości, już dzisiaj, w piątek 28 listopada można wybrać się z nimi w wirtualna podróż do Gruzji wyjeżdżając zaledwie do Karwiny Frysztatu, gdzie o 18.00 w Domu PZKO przedstawią prelekcję multimedialną Gruzja-powrót do raju pod Kaukazem.
(indi)
Gorole z Karwiny w Gruzji
KARWINA / Kolejną niezwykle ciekawą prelekcję GRUZJA – powrót do raju pod KAUKAZEM karwińska grupa turystyczna Gorole przedstawi dzisiaj w sobotę 29 listopada o 18.30 w Klubie PZKO w Karwinie Frysztacie.
Widzom przedstawią się malownicze pejzaże zakaukaskiej krainy, która, jak przyznają, oczarowała ich tak bardzo, że wrócili tam po raz drugi.
Wczoraj natomiast w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie swoją poprzednią wyprawę do legendarnych Niebiańskich Gór w Kazachstanie Gorole opisali bogato ilustrując wspaniałymi fotografiami.Widzowie zobaczyli fascynujące zdjęcia, usłyszeli autentyczną muzykę i wysłuchali emocjonujących opowieści o przeżyciach podczas trzynastej z kolei szczęśliwej wyprawy Goroli. Pisaliśmy o niej tutaj.
(indi)
Artysta, nauczyciel i dokumentalista
Kolejne Spotkanie Szersznikowskie organizowane w Muzeum Śląska Cieszyńskiego przybliżyło słuchaczom postać Karola Niedoby. O cieszyńskim artyście opowiadał Mariusz Makowski. W drugiej części wykładu zatytułowanej mali cieszyńscy mistrzowie Irena Adamczyk przybliżyła także inne postacie świata malarstwa związane z Cieszynem, a także przedstawiła zdjęcia ich prac.
Okazją do przypomnienia artysty i pedagoga związanego ze Śląskiem Cieszyńskim była sto pięćdziesiąta rocznica jego urodzin. W zbiorach Muzeum Śląska Cieszyńskiego znajduje się część jego bogatej spuścizny w postaci rysunków, akwareli i obrazów olejnych. Jak opowiadał Mariusz Makowski, Karol Niedoba pochodził z Lesznej Górnej, z biednej rodziny. Dzieci było siedmioro. Spały na klepisku, na sianie. – Jest to przykład, jak w ciągu jednego pokolenia z dziecka chłopa pańszczyźnianego można było zostać profesorem i znanym malarzem – stwierdził Mariusz Makowski. Jednocześnie podczas wykładu zauważył i podkreślał, że nawet wtedy, gdy Karol Niedoba był już człowiekiem znanym i cenionym, nigdy nie zerwał ze swoją plebejskością. Nie stronił od atmosfery chłopskiej, z której pochodził, co zaowocowało między innymi obrazami ukazującymi podcieszyńskie wsie nie tylko w sposób piękny, ale także będącymi rzetelną informacją historyczną. Prelegent zwrócił także uwagę na wielkie przywiązanie artysty do matki. – Pierwsze i ostatnie, co namalował, już jako częściowo ociemniały, to był portret matki – zauważył Mariusz Makowski.
Kariera Karola Niedoby zaczęła się skromnie. Po szkole ludowej został malarzem pokojowym. Terminował u swego starszego brata. Później skończył Przemysłową Szkołę Dokształcającą w Cieszynie. Dzięki stypendium, uzyskanemu staraniem cieszyńskiego burmistrza dr Jana Demela, w 1887 r. podjął studia w Szkole Przemysłu Artystycznego w Wiedniu. Studiował też w Monachium. - Romantyczny kult i umiłowanie przyrody wszczepił mu jeden z wiedeńskich mistrzów. Był realistą, ale odczuwalne są w jego malarstwie wpływy impresjonizmu – charakteryzuje twórczość Karola Niedoby Mariusz Makowski dodając, że artysta sporadycznie zajmował się też grafiką, zrobił kilka exlibrisów. - To, co opanował do perfekcji, to pejzaż i akwarela. W tamtych czasach był to pierwszy malarz, który tak romantycznie malował cieszyńskie pejzaże. Wydaje się, że na niektórych akwarelach jakby zastygła pogoda – stwierdził Mariusz Makowski dodając, że był doskonałym dokumentalistą i wiele miejsc w okolicy Cieszyna zostało przez niego opisane. – bardzo ważne, poza wartością artystyczną jest dla nas to, że obiekty nie tylko malował, ale też opisywał i datował, dzięki czemu są to dla nas dokumenty – stwierdził muzealnik.
Po studiach Karol Niedoba wrócił w rodzinne strony, ale nie znalazł tu pracy. Pracę nauczyciela rysunku znalazł w Karniowie na Śląsku Opawskim, a następnie w Brnie na Morawach. Dopiero rok później uzyskał posadę w Miejskiej Szkole Realnej w Cieszynie oraz w tutejszej Przemysłowej Szkole Dokształcającej. W sumie w trakcie swej kariery był nauczycielem w kilkunastu szkołach średnich polskich i niemieckich, w latach 1904-11 przygotowywał młodzież w polskich paralelkach szkół niemieckich. Uczył też w Gimnazjum Macierzy Szkolnej, cały czas był nauczycielem w szkole realnej. - Kontakty miał i z polskim i z niemieckim środowiskiem. Uczniowie go bardzo lubili. Wszyscy znali go też z tego, że po szkole brał malarskie składane krzesełko i wędrował po Cieszynie robiąc notatki malarskie – mówił Mariusz Makowski.
W życiu prywatnym w 1906 r. ożenił się z Martą Folwarczną, córką pastora Bernarda Folwarcznego, z którą zamieszkał w domu teścia, w kamienicy „Pod Kasztanem” przy ul. Nowe Miasto w Cieszynie. W znajdującej się dziś w opłakanym stanie kamienicy spędził resztę życia. W 1928 r. przeszedł na emeryturę, a zmarł w 1947 roku. Jest pochowany na cieszyńskim cmentarzu ewangelickim. - W tamtych czasach w szkołach uczono się kaligrafii i rysunku. Prawie wszyscy umieli rysować. Szkicowali tak, jak my dziś robimy zdjęcia, na przykład wyjeżdżając gdzieś rysowali te miejsca. Takich szkicowników mamy z zbiorach Muzeum sporo, niekoniecznie ludzi, którzy później zostali malarzami – dopowiedziała Irena Adamczyk, która po omówieniu przez Mariusza Makowskiego postaci Karola Niedoby opowiedziała po krótce o kilku innych cieszyńskich malarzach z tamtego okresu, takich jak m.inn. Ida Münzberg, Lucy Kasalowsky, Alicje Reichert, Otto Rosenfeld, Aleksander Drobik, Rudolf Mayer, Franciszek Aschenbrenner, a także przybliżyła postaci Jana i Józefa Raszki zauważając, że nawet profesjonalnym historykom sztuki zdarza się artystów tych mylić, a raczej uważać za jednego i tego samego twórcę.
Był to ostatni w tym roku wykład z cyklu Spotkania Szersznikowskie. Przed nami wystawa pod tytułem „Karol Niedoba i mali cieszyńscy mistrzowie”, która zostanie otwarta 12 grudnia 2014 r. w Galerii Wystaw Czasowych Muzeum Śląska Cieszyńskiego.
Kariera Karola Niedoby zaczęła się skromnie. Po szkole ludowej został malarzem pokojowym. Terminował u swego starszego brata. Później skończył Przemysłową Szkołę Dokształcającą w Cieszynie. Dzięki stypendium, uzyskanemu staraniem cieszyńskiego burmistrza dr Jana Demela, w 1887 r. podjął studia w Szkole Przemysłu Artystycznego w Wiedniu. Studiował też w Monachium. - Romantyczny kult i umiłowanie przyrody wszczepił mu jeden z wiedeńskich mistrzów. Był realistą, ale odczuwalne są w jego malarstwie wpływy impresjonizmu – charakteryzuje twórczość Karola Niedoby Mariusz Makowski dodając, że artysta sporadycznie zajmował się też grafiką, zrobił kilka exlibrisów. - To, co opanował do perfekcji, to pejzaż i akwarela. W tamtych czasach był to pierwszy malarz, który tak romantycznie malował cieszyńskie pejzaże. Wydaje się, że na niektórych akwarelach jakby zastygła pogoda – stwierdził Mariusz Makowski dodając, że był doskonałym dokumentalistą i wiele miejsc w okolicy Cieszyna zostało przez niego opisane. – bardzo ważne, poza wartością artystyczną jest dla nas to, że obiekty nie tylko malował, ale też opisywał i datował, dzięki czemu są to dla nas dokumenty – stwierdził muzealnik.
Po studiach Karol Niedoba wrócił w rodzinne strony, ale nie znalazł tu pracy. Pracę nauczyciela rysunku znalazł w Karniowie na Śląsku Opawskim, a następnie w Brnie na Morawach. Dopiero rok później uzyskał posadę w Miejskiej Szkole Realnej w Cieszynie oraz w tutejszej Przemysłowej Szkole Dokształcającej. W sumie w trakcie swej kariery był nauczycielem w kilkunastu szkołach średnich polskich i niemieckich, w latach 1904-11 przygotowywał młodzież w polskich paralelkach szkół niemieckich. Uczył też w Gimnazjum Macierzy Szkolnej, cały czas był nauczycielem w szkole realnej. - Kontakty miał i z polskim i z niemieckim środowiskiem. Uczniowie go bardzo lubili. Wszyscy znali go też z tego, że po szkole brał malarskie składane krzesełko i wędrował po Cieszynie robiąc notatki malarskie – mówił Mariusz Makowski.
W życiu prywatnym w 1906 r. ożenił się z Martą Folwarczną, córką pastora Bernarda Folwarcznego, z którą zamieszkał w domu teścia, w kamienicy „Pod Kasztanem” przy ul. Nowe Miasto w Cieszynie. W znajdującej się dziś w opłakanym stanie kamienicy spędził resztę życia. W 1928 r. przeszedł na emeryturę, a zmarł w 1947 roku. Jest pochowany na cieszyńskim cmentarzu ewangelickim. - W tamtych czasach w szkołach uczono się kaligrafii i rysunku. Prawie wszyscy umieli rysować. Szkicowali tak, jak my dziś robimy zdjęcia, na przykład wyjeżdżając gdzieś rysowali te miejsca. Takich szkicowników mamy z zbiorach Muzeum sporo, niekoniecznie ludzi, którzy później zostali malarzami – dopowiedziała Irena Adamczyk, która po omówieniu przez Mariusza Makowskiego postaci Karola Niedoby opowiedziała po krótce o kilku innych cieszyńskich malarzach z tamtego okresu, takich jak m.inn. Ida Münzberg, Lucy Kasalowsky, Alicje Reichert, Otto Rosenfeld, Aleksander Drobik, Rudolf Mayer, Franciszek Aschenbrenner, a także przybliżyła postaci Jana i Józefa Raszki zauważając, że nawet profesjonalnym historykom sztuki zdarza się artystów tych mylić, a raczej uważać za jednego i tego samego twórcę.
Był to ostatni w tym roku wykład z cyklu Spotkania Szersznikowskie. Przed nami wystawa pod tytułem „Karol Niedoba i mali cieszyńscy mistrzowie”, która zostanie otwarta 12 grudnia 2014 r. w Galerii Wystaw Czasowych Muzeum Śląska Cieszyńskiego.
(indi)
Na szkle malowane
W Galeri MOST w budynku Euroregionu Śląsk Cieszyński/Tesinske Slézko oglądać można malowane na szkle obrazki Antoniego Szpyrca.
Wernisaż wystawy zorganizowano w środę 26 listopada. Zabrakło na nim samego artysty, gdyż wyjechał w ważną podróż. Zastąpił go brat Władysław. - Technika malowania na szkle jest o tyle skomplikowana, że trzeba malować na lewej stronie. A że brat jest leworęczny, to jest to dla niego tym bardziej skomplikowane – zdradził dodając, że twórczość brata możemy często oglądać na wielu wystawach w regionie.
Pochodzący z Jabłonkowa Antoni Szpyrc jest również historykiem i folklorystom. Ma to znaczenie w jego twórczości, gdyż dzięki temu zajmując się malowaniem na szkle od ponad 30 lat na swych obrazkach uwiecznia tematy czerpane z tradycji i obyczajów regionu Śląska Cieszyńskiego. Utrwala tradycje i zwyczaje z 18. i 19. wieku. Od około 10 lat zajmuje się też odnawianiem tróweł. - Tematem najbliższym jego sercu jest Jabłonków – podkreślał brat artysty.
Galeria MOST mieści się tuż za Mostem Przyjaźni, przy ul. Głównej 1a w Czeskim Cieszynie. Wystawa potrwa do 20 grudnia. Galeria w dni powszednie otwarta jest w godzinach 9.00 do 15.00, w soboty 13.12. i 20.12. od 9.00 do 13.00. Wystawę przygotowało Regionální sdružení územní.
(indi)
Pochodzący z Jabłonkowa Antoni Szpyrc jest również historykiem i folklorystom. Ma to znaczenie w jego twórczości, gdyż dzięki temu zajmując się malowaniem na szkle od ponad 30 lat na swych obrazkach uwiecznia tematy czerpane z tradycji i obyczajów regionu Śląska Cieszyńskiego. Utrwala tradycje i zwyczaje z 18. i 19. wieku. Od około 10 lat zajmuje się też odnawianiem tróweł. - Tematem najbliższym jego sercu jest Jabłonków – podkreślał brat artysty.
Galeria MOST mieści się tuż za Mostem Przyjaźni, przy ul. Głównej 1a w Czeskim Cieszynie. Wystawa potrwa do 20 grudnia. Galeria w dni powszednie otwarta jest w godzinach 9.00 do 15.00, w soboty 13.12. i 20.12. od 9.00 do 13.00. Wystawę przygotowało Regionální sdružení územní.
(indi)
piątek, 28 listopada 2014
W muzeum o Karolu Niedobie
CIESZYN / Ostatnie już Spotkanie Szersznikowskie w Muzeum Śląska Cieszyńskiego, jakie zorganizowano 26 listopada, zatytułowano „Karol Niedoba i mali cieszyńscy mistrzowie”.
Podczas wykładu Mariusz Makowski omówił postać znanego cieszyńskiego malarza i nauczyciela rysunku żyjącego w latach 1864 – 1947. Irena Adamczyk natomiast po krótce omówiła innych malarzy żyjących i tworzących w Cieszynie w tamtym okresie.
W zbiorach Muzeum Śląska Cieszyńskiego znajduje się część rysunków, akwareli i obrazów olejnych Karola Niedoby. Uznano więc, że warto z okazji 150-tej rocznicy urodzin artysty przybliżyć mieszkańcom regionu jego postać.
12 grudnia w Galerii Wystaw Czasowych Muzeum Śląska Cieszyńskiego zostanie otwarta wystawa pod tytułem „Karol Niedoba i mali cieszyńscy mistrzowie”, na której zobaczymy obrazy zarówno Karola Niedoby, jak i innych twórców, o których podczas wykładu mówiła Irena Adamczyk, jak m.inn. Ida Münzberg, Lucy Kasalowsky, Alicje Reichert, Otto Rosenfeld, Aleksander Drobik, Rudolf Mayer, Franciszek Aschenbrenner. Prelegentka zwróciła także uwagę na fakt, że nawet profesjonalnym historykom sztuki zdarza się mylić, a raczej uważać za jednego i tego samego twórcę, dwóch cieszyńskich artystów: Jana i Józefa Raszkę.
Wracając do głównego bohatera wykładu, Karola Niedoby, prelegent przedstawił jego sylwetkę zaczynając od dzieciństwa, które malarz spędził w ubogiej chacie rodziców, wspólnie z sześciorgiem rodzeństwa śpiąc na słomie rozłożonej na klepisku. Również i jego kariera zaczęła się skromnie, od malarza pokojowego. Dopiero później skończył Przemysłową Szkołę Dokształcającą w Cieszynie i dzięki stypendium, uzyskanemu staraniem cieszyńskiego burmistrza dr Jana Demela, w 1887 r. podjął studia w Szkole Przemysłu Artystycznego w Wiedniu. Studiował też w Monachium.
Jeden z wiedeńskich mistrzów wszczepił mu romantyczny kult i umiłowanie przyrody.
- Był realistą, ale odczuwalne są w jego malarstwie wpływy impresjonizmu – charakteryzuje twórczość Karola Niedoby Mariusz Makowski dodając, że artysta sporadycznie zajmował się też grafiką, jest autorem kilku exlibrisów.
Karol Niedoba w tamtych czasach był pierwszym malarzem, który tak romantycznie malował cieszyńskie pejzaże. – Wydaje się, że na niektórych akwarelach jakby zastygła pogoda – stwierdził Mariusz Makowski zauważając, że nawet wtedy, gdy Karol Niedoba był już człowiekiem znanym i cenionym, nigdy nie zerwał ze swoją plebejskością. Nie stronił od atmosfery chłopskiej, z której pochodził, dzięki czemu jego obrazy ukazujące podcieszyńskie wsie są nie tylko piękne, ale także stanowią rzetelną informację historyczną, gdyż wiele miejsc w okolicy Cieszyna zostało przez niego również opisane. – Obiekty nie tylko malował, ale też opisywał i datował, dzięki czemu są to dla nas dokumenty – stwierdził muzealnik.
Po studiach Karol Niedoba wrócił w rodzinne strony, ale nie znalazł tu pracy. Pracę nauczyciela rysunku znalazł w Karniowie na Śląsku Opawskim, a następnie w Brnie na Morawach. Dopiero rok później uzyskał posadę w Miejskiej Szkole Realnej w Cieszynie oraz w tutejszej Przemysłowej Szkole Dokształcającej. W sumie w trakcie swej kariery był nauczycielem w kilkunastu szkołach średnich polskich i niemieckich, w latach 1904-11 przygotowywał młodzież w polskich paralelkach szkół niemieckich. Uczył też w Gimnazjum Macierzy Szkolnej, cały czas był nauczycielem w szkole realnej.
Lubiany przez uczniów został zapamiętany również z tego, że po szkole brał malarskie składane krzesełko i wędrował po Cieszynie robiąc notatki malarskie.
(indi)
czwartek, 27 listopada 2014
Śląsk Cieszyński w obiektywie
Miłośnicy fotografii z obu stron Olzy, którzy utrwalają swoim obiektywem piękno Śląska Cieszyńskiego wzięli udział w organizowanym przez Klub Fotograficzny ''Start'' działający przy Oddziale PTTK ''Beskid Śląski'' w Cieszynie konkursie fotograficznym. Efekty ich prac zobaczyć można będzie na wystawie ''Cieszyńskie bez granic''. Wernisaż odbędzie się 2 grudnia w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie o godzinie 16.
– Serdecznie zapraszamy uczestników konkursu wraz z osobami towarzyszącymi, a także wszystkich, którzy chcą obejrzeć nagrodzone prace – mówi Andrzej Kowol, prezes KF „Start”, organizator konkursu.
Prace nadesłane na Konkurs przedstawiają powiat cieszyński oraz Zaolzie. Można było nawiązać w nich do zdobywania odznak turystycznych oraz do imprez turystycznych organizowanych w naszym regionie. Celem Konkursu jest promowanie poprzez fotografię powiatu cieszyńskiego oraz Zaolzia na terenie całej Polski. Z pewnością sprzyjać temu będzie kolejna wystawa. Po cieszyńskiej Bibliotece Miejskiej nagrodzone fotografie prezentowane będą w Galerii Krajoznawczej PTTK przy Senatorskiej 11 w Warszawie.
(indi)
Prace nadesłane na Konkurs przedstawiają powiat cieszyński oraz Zaolzie. Można było nawiązać w nich do zdobywania odznak turystycznych oraz do imprez turystycznych organizowanych w naszym regionie. Celem Konkursu jest promowanie poprzez fotografię powiatu cieszyńskiego oraz Zaolzia na terenie całej Polski. Z pewnością sprzyjać temu będzie kolejna wystawa. Po cieszyńskiej Bibliotece Miejskiej nagrodzone fotografie prezentowane będą w Galerii Krajoznawczej PTTK przy Senatorskiej 11 w Warszawie.
(indi)
Cudeńka z koralików i tasiemek
Kolejną propozycją warsztatów rękodzielniczych w cieszyńskim Domu Narodowym był sutasz. Panie pod okiem instruktorki Agnieszki Pawlitko z koralików i kolorowych wstążek zrobiły dla siebie istne biżuteryjne cudeńka.
- Warsztaty udały się bardzo pomyślnie. Panie na zajęciach wykonały wisiorki, broszki, a najbardziej wytrwałe kolczyki. Technika nie należy do najłatwiejszych, aby poznać wszystkie jej tajniki należy poświęcić dużo czasu – mówi Agnieszka Pawlitko wyjaśniając, że sutasz to rodzaj haftu ręcznego, do którego wykorzystuje się sznureczki z wiskozy lub jedwabiu zwane sutaszami. Nazwa tej techniki pochodzi od francuskiego słowa soutache, oznaczającego szamerunek czyli rodzaj sznurkowych ozdób naszywanych na mundury wojskowe.
Haft sutasz w przypadku biżuterii to technika polegająca na zszywaniu jedwabnych sznurków i łączeniu ich z innymi elementami biżuteryjnymi.
- Udało mi się zrobić jeden kolczyk. Niestety nie zdążyłam zrobić tego elementu do końca. Bardzo mi się te warsztaty podobały, nauczyłam się czegoś nowego. Ja w domu koralikuję i chciałam spróbować czegoś nowego, więc myślę, że udam się po sznurki i będę teraz próbować sutaszu – mówiła po warsztatach Justyna Polok-Migas, jedna z uczestniczek warsztatów.
Oprócz samej techniki prowadząca warsztaty przekazała paniom garśc informacji praktycznych co można do tej techniki wykorzystać, gdzie zakupić najniezbędniejsze rzeczy, jak choćby żyłkową nić czy igły do koralików.
(indi)
Haft sutasz w przypadku biżuterii to technika polegająca na zszywaniu jedwabnych sznurków i łączeniu ich z innymi elementami biżuteryjnymi.
- Udało mi się zrobić jeden kolczyk. Niestety nie zdążyłam zrobić tego elementu do końca. Bardzo mi się te warsztaty podobały, nauczyłam się czegoś nowego. Ja w domu koralikuję i chciałam spróbować czegoś nowego, więc myślę, że udam się po sznurki i będę teraz próbować sutaszu – mówiła po warsztatach Justyna Polok-Migas, jedna z uczestniczek warsztatów.
Oprócz samej techniki prowadząca warsztaty przekazała paniom garśc informacji praktycznych co można do tej techniki wykorzystać, gdzie zakupić najniezbędniejsze rzeczy, jak choćby żyłkową nić czy igły do koralików.
(indi)
Dzień Stroju Ludowego na UŚ
Wtorkowe dopołudnia 25 listopada w Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie upłynęło pod znakiem stroju ludowego. Działacze Koła Naukowego Etnologów i Sekcji Sztuki Ludowej zorganizowali Dzień Stroju Ludowego
Spotkanie prowadzili dr Grzegorz Studnicki oraz Lidia Lankocz. Punktem wyjścia do dyskusji nad historią i współczesnością stroju cieszyńskiego stał się album "Strój Cieszyński" z serii "Stroje Ludowe w Karpatach polskich".
Na spotkaniu były także przedstawicielki Fundacji Braci Golec, wydawcy albumu. Opowiedziały o działalności Fundacji. - Mamy około 150 uczniów, których uczymy grać po góralsku na skrzypcach, na heligonkach, Basach – mówiły wyjaśniając, że działalność tą finansują ze sprzedaży albumów, a także z datków, z jednego procenta podatku. Fundacja chętnie przyjmuje także instrumenty góralskie. Działają na terenie czterech gmin na Żywiecczyźnie. – A że dzieci uczą się grać po góralsku, to i ten strój jest w to wpisany. Dla mnie takim wyznacznikiem, że strój jest dla kogoś ważny jest, gdy dziecko przychodzi i mówi, że chce mieć własny strój, pyta, gdzie go może kupić, uszyć, gdzie kupić materiały.
Omawiano zagadnienia żywotności stroju dzisiaj oraz jego wpływu na tożsamość lokalną i szans jako produktu kulturowego. Wpierw zaprezentowano film ukazujący album "Strój Cieszyński". Dr Grzegorz Studnicki opowiedział po krótce o pracach nad albumem. Przyniósł też stroje cieszyńskie będące muzealnymi eksponatami. Mówił także o szczegółach takich, jak choćby kolorystyka stroju, które zmieniały się na przestrzeni wieków. Przedstawił Lidię Lankocz, która zajmuje się renowacją strojów cieszyńskich. - Podstawą wiedzy o stroju są fotografie. Czarno-białe, więc na ich podstawie trudno jest dokładnie stwierdzić, jak te stroje wyglądały. Z połowy dziewiętnastego wieku mamy rysunki, które pokazują strój w ówczesnej kolorystyce. Trzecie źródło, to eksponaty zgromadzone w muzeach i to one dają najpełniejszy obraz tego, jak ten strój wyglądał. W Muzeum Śląska Cieszyńskiego jest około czterdziestu sukni, około trzystu, czterystu żywotków. Można wejść na stronę Muzeum Śląska Cieszyńskiego na wirtualne zbiory Muzeum i część jest sfotografowana i można tam znaleźć – zaproponował Grzegorz Studnicki, pracownik zarówno Muzeum Śląska Cieszyńskiego, jak i wykładowca Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie.
Omawiano zagadnienia żywotności stroju dzisiaj oraz jego wpływu na tożsamość lokalną i szans jako produktu kulturowego. Wpierw zaprezentowano film ukazujący album "Strój Cieszyński". Dr Grzegorz Studnicki opowiedział po krótce o pracach nad albumem. Przyniósł też stroje cieszyńskie będące muzealnymi eksponatami. Mówił także o szczegółach takich, jak choćby kolorystyka stroju, które zmieniały się na przestrzeni wieków. Przedstawił Lidię Lankocz, która zajmuje się renowacją strojów cieszyńskich. - Podstawą wiedzy o stroju są fotografie. Czarno-białe, więc na ich podstawie trudno jest dokładnie stwierdzić, jak te stroje wyglądały. Z połowy dziewiętnastego wieku mamy rysunki, które pokazują strój w ówczesnej kolorystyce. Trzecie źródło, to eksponaty zgromadzone w muzeach i to one dają najpełniejszy obraz tego, jak ten strój wyglądał. W Muzeum Śląska Cieszyńskiego jest około czterdziestu sukni, około trzystu, czterystu żywotków. Można wejść na stronę Muzeum Śląska Cieszyńskiego na wirtualne zbiory Muzeum i część jest sfotografowana i można tam znaleźć – zaproponował Grzegorz Studnicki, pracownik zarówno Muzeum Śląska Cieszyńskiego, jak i wykładowca Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie.
Odniósł się także do używanych nazw strój cieszyńskim i wałaski jednocześnie stwierdzając, że w dawnych czasach ludzie, którzy chodzili w stroju zapewne wcale go tak nie nazywali. Nazywali co najwyżej ludzie z zewnątrz, etnografowie. – Owszem, spotkałem się z użyciem słowa strój cieszyński. Bogumił Hoff pisał, że góralki z Wisły zaczynają ubierać stroje cieszyńskie – zauważył Grzegorz Studnicki podkreślając, że była to osoba z zewnątrz, choć wrosła w lokalna społeczność.
Lidia Lankocz natomiast mówiła o tym, że strój był dla niej od dzieciństwa czymś naturalnym. Wspominała, jak starka chodziła w stroju do kościoła, a ona sama w wieku 14 lat z wielką radością wstąpiła do zespołu regionalnego, gdzie od początku z dumą i radością ubierała strój. Później, gdy sama zaczęła prowadzić zespół dziecięcy, zaczęła reperować stare i szyć nowe stroje na potrzeby zespołu. Przyznała, że na początku popełniała błędy, jednak z czasem jej wiedza na temat stroju była coraz większa, w czym bardzo pomogły jej też studia na etnologii. Przyznała bowiem, że choć ze strojem i ogólnie z tradycją wyrastała od dziecka i było to dla niej coś naturalnego, to nie miała pojęcia, co z czego wynika, dlaczego na przykład galonka jest taka, a nie inna itp.
Jako że słuchaczami byli głownie studenci etnologii przekazana przez praktyków wiedza z pewnością bardzo się im przyda. A ponieważ spotkanie było otwarte, to pojawiły się na nim także zainteresowane strojem osoby spoza uczelni, na przykład przedstawiciele zespołu regionalnego Kotarzanie z Brennej.
Jako że słuchaczami byli głownie studenci etnologii przekazana przez praktyków wiedza z pewnością bardzo się im przyda. A ponieważ spotkanie było otwarte, to pojawiły się na nim także zainteresowane strojem osoby spoza uczelni, na przykład przedstawiciele zespołu regionalnego Kotarzanie z Brennej.
(indi)
środa, 26 listopada 2014
Kalendarz Beskidzki 2015 także dla Zaolziaków
Kalendarz Beskidzki 2015 także dla Zaolziaków
A co znajdziemy w tegorocznym Kalendarzu? M.in. rozmowę ze 103-letnią Marią Wegert zatytułowaną „Prawdziwi Polacy żyją na Zaolziu”.
- Pani Maria opowiada, dlaczego w 1938 roku Polacy odebrali swoje rdzenne terytoria, na których mieszkało wówczas ok. 160-170 tys. Polaków, którzy stanowili większość etniczną mieszkańców tych ziem – wyjawia Jan Picheta, autor rozmowy z Marią Wegert. Oprócz tego w Kalendarzu Beskidzkim znajdziemy m.inn. artykuły o malarzu Karolu Niedobie czy o Wandzie Cejnar Władysławy Magiery czy „Literatura na receptach” Jana Brannago. Jest też o ustrońskich rzemieślnikach Beacie i Andrzeju Malcach, którzy mogą poszczycić się regionalną marką „Gorolska Swoboda”.
Wydawcy planują kolejne spotkania autorów i bohaterów kalendarza Beskidzkiego z czytelnikami, także w Cieszynie. Gdy zostaną ustalone terminy z pewnością poinformujemy o tym naszych Czytelników.
(indi)
Subskrybuj:
Posty (Atom)